INCANTATION – Profane Nexus (Relapse)

Jeśli miałbym wyróżnić kogoś z zasłużonych wojowników death metalu za upór i konsekwencję w działaniu, byłby to John McEntee. Gdybym szykował konkurs na autora najbardziej plugawych hitów ku chwale kostuchy – zwycięzcą zostałby John McEntee. No i w końcu, przy szukaniu najfajniejszych, deathmetalowych strzałów z obecnego tysiąclecia również wybór padłby na Johna McEntee. Gdy inni eksperymentują i  czołgają się na awangardowej pustyni, głównodowodzący Incantation stoi niewzruszony, uprawiając swój wulgarny death metal. Death metal bolesny, dosadny, oszczędny w środkach, ale zawsze taki sam – porywający już od pierwszych taktów. Mimo mojego ogromnego zaufania dla Johna, miałem drobne wątpliwości, czy będzie w stanie przebić świetne “Dirges of Elysium”. Czy okazały się one przesadzone?

Już od pierwszego odsłuchu wiedziałem, że jak najbardziej. Bo może Incantation już nigdy nie nagrają drugiego “Onward to Golgotha”, ale i tak zmiatają większość swoich kumpli po fachu w tempie równie szybkim, co ich niektóre riffy. Ich muzyka nigdy nie przeszła rewolucji czy aż nadto zauważalnego liftingu. Niektórzy nazywają ich deathmetalowym AC/DC. A ja się z tego cieszę, gdyż “Profane Nexus” kopie od pierwszych sekund. Wszystkie przepisowe ciosy zadano wedle starych, dobrze znanych sposobów. Kiedy ci dżentelmeni już osiągną prędkość nadświetlną, można mieć wrażenie, że nic nie wyprowadzi ich z zabójczego widu. Tylko po chwili nadchodzi gwałtowne zderzenie z młotem, którego ciężar mierzą ślamazarne riffy i wspomagająca je praca sekcji rytmicznej, jaką ukocha sobie każdy fan klasycznego death metalu: nieco toporną, aczkolwiek do bólu wytrwałą w roztrzaskiwaniu czaszek słuchaczy. Oczywiście, znaczną część “Profane Nexus” pochłaniają średnie tempa, które wychodzą temu zespołowi wyśmienicie od czasów debiutanckiej płyty. Jeśli jednak myślicie, że to jedynie pokaźne ilości gruzu i siarki, pora na ucieczkę ze strefy błędu. Wbrew pozorom, w tej muzyce kołacze się melodia. Jasne, nie taka, do której przyzwyczaili nas In Flames, ale jednak. Wystarczy rzucić uchem na wieńczący tegoroczne dzieło Incantation “Ancients Arise”, gdzie wiodący riff napędza przygniatająca, a przy tym chwytliwa melodyka. Taka, do której fani śmiercionośnej jatki zanucą, potupią i machną głową już w pierwszej sekundzie. Z kolei środkową część “Incorporeal Despair” buduje atmosfera i narastające emocje, jakich nie powstydziliby się nawet prog-metalowcy. Nie żeby ktoś tam rwał struny od zawiłych solówek, ale pomysłowość motywu zasługuje na pochwały. Mimo to, nie atmosfery w Incantation szukają fani, prawda? Chodzi o deathmetalowy smród, a tego pełno chociażby w strzałach takich, jak “Xipe Totex”, następującym od razu po nim “Lus Sepulcri” bądź “Visceral Hexahedron” – rozpoczętym z subtelnością walca przepoczwarzonego w bolid Formuły 1. Wprawdzie opatulony ciepłymi barwami korozji (w końcu to death metal, nie przelewki), ale pędzący z gracją i niepohamowanym szałem.Inc

Cóż, nie jest dla mnie niespodzianką, że Incantation wydali świetny album. Co więcej, już wiem, że w tym roku najprawdopodobniej nikt nie przerobi tematu deathmetalowych łupni lepiej od nich. Przepraszam, młodzi! Przykro mi, stare wygi! Na dzień dzisiejszy król jest jeden – nazywa się Incantation i to on dzierży berło śmierć metalu. Reszta może jedynie przyglądać się z zazdrością.

Łukasz Brzozowski

Sześć

 

A2_BA2017_mym_narodum2

                      INCANTATION ZAGRA NA TEGOROCZNEJ EDYCJI BRUTAL ASSAULT. ZAPRASZAMY!!