IN TWILIGHT’S EMBRACE – Lawa (wyd.własne)

Komu wierzymy? Bardziej ufamy muzykowi, który konsekwentnie trzyma się wyżłobionego koryta i pod żadnym pozorem nie chce rozczarować swoich fanów? A może takiemu, który te przyzwyczajenia podważa i chce, abyśmy z nim dorastali, a i czasem wspólnie potknęli się o własne sznurowadła? Życie uczy, że nie ma jednej drogi dla kraju ani jednej drogi która gwarantuje, że idąc nią co dwa lata dowieziemy udany materiał. Najlepiej po prostu żyć w zgodzie z sobą i słuchać własnych fanaberii niż podszeptów słuchaczy, z których i tak każdy ma swoją opinię. In Twilight’s Embrace wsłuchał się w siebie i nagrywając swoją najlepszą płytę, wywrócił swój metal na lewą stronę…

Ale zaraz, czy aby na pewno? Wgryźmy się w „Lawę” uważniej. Słychać, że zespół wszedł w blackmetalowe bajoro po pas i szyję, ale już na „Vanitas” był taki utwór, „The Great Leveller”, który to zapowiadał, abstrahując od ogólnej wymowy tej płyty. Dzisiejszy In Twilight’s Embrace nie ma już praktycznie nic z gatunkowo pojmowanego „szwedzkiego melodyjnego death metalu”, fascynacje Amon Amarth, At The Gates, nie mówiąc już o metalcore’owej adolescencji odpadły od kadłuba na zawsze. „Lawa” brzmi organicznie, numery są prostsze strukturalnie i nie wołają o pana, który zagra solo czy popisowe przejście na blachach. A polskojęzyczne teksty, tak ostentacyjnie podniosłe i stylizowane na mickiewiczowski romantyzm? Ów patos i brak rockowego luzu siedzi w In Twilight’s Embrace od zawsze, to się po prostu z czasem uwypukla. Tym bardziej, jeśli opada tarcza z języka angielskiego i wszystko słychać gołym uchem, ale zmienia się nośnik a nie treść. Język ojczysty i pierwszy intensywniej przekaże emocje niż kod, w którym odpowiednich symboli zawsze trzeba będzie szukać. To wszystko oczywiście kosztem przełamania wstydu, bo gros słuchaczy zawsze uzna polskojęzyczny metal za coś śmiesznego, przaśnego i gorszego od wielkiego świata. To jest największa siła „Lawy” – brak wstydu i oporu, zrozumienie siły fraz-ciosów, które wchodzą w głowę i tkwią w niej, odkrycie się na własną słabość do patosu… Ale też płynniejsza rozmowa ze swoimi fascynacjami – przede wszystkim Furią, Tribulation, In Solitude i Nachtmystium. I to nie jest zarzut; wpływy zawsze kotłowały się w muzyce In Twilight’s Embrace. Z perspektywy twórcy jest coś cudownie szczerego w zatapianiu się w nich. Z perspektywy słuchacza zaś – coś radosnego w odkryciu, że to nie soundtrack do „Dziadów” a do serca artysty. To serce nie jest już po prostu tym samym organem, który wypompował „Slaves to Martyrdom”. I dziś ma o wiele ciekawsze rzeczy do zaproponowania.ITE

Rewolucją, jaką przynosi „Lawa” nie jest tzw. autorski przekaz zespołu, bo ten od zawsze był procesem, a nie punktem odniesienia. Ten materiał jest przystankiem i raczej nie odpowiada na pytanie czym zespół jest. Nie jest z pewnością tym, czym był dziesięć lat temu i za kolejne dziesięć będzie gdzie indziej, czymś innym. Ową rewolucją jest szczerość i odsłonięcie gardy – to my, tu jesteśmy a tam przykładamy ucho, to nasze teksty i już nic się nie ukryje za stylówą z „wielkiego świata”. In Twilight’s Embrace już nie zbuduje sobie bazy fanów, którzy kochają zespół od pierwszej płyty do wieczności. Tak się nie da, bo rozedrganie i szukanie siebie miotało nimi jak szatan aż stali się zespołem metalowym, któremu polskość odmieniła oblicze ziemi, tej ziemi. Teoretycznie „Lawa” może wręcz słuchaczy odsiać. Nie jest to wykluczone, choć byłoby dziwne akurat po nagraniu tak świetnego albumu. Śmieszy mnie natomiast oskarżanie zespołu o koniunkturalizm tak, jakby radykalnie zmiany oblicza miały komukolwiek gwarantować sukces, to naprawdę nie jest aż tak proste. Gdyby było, mielibyśmy sto Behemothów o nazwie Hate. In Twilight’s Embrace nie goni za słuchaczami a goni za marzeniami, bo goniąc za marzeniami słuchacze sami przyjdą.

Bartosz Cieślak

Zdjęcie: Piotr Strożyński