IMPIETY – Ravage&Conquer (Pulverised Records)

Impiety zaliczają się już dzisiaj do grona tych zespołów, które popełniły harakiri, nagrywając płytę,   zdecydowanie odstającą od reszty dyskografii. W przypadku singapurskiego trio jest to „Worshippers of the Seventh Tyranny” i cokolwiek jeszcze nagrają, to właśnie ten krążek będzie stanowił odnośnik i punkt przełomowy w karierze. Najnowsza płyta jest świadectwem li tylko dużej determinacji i zawziętości, ale niestety, po raz pierwszy nie można stwierdzić, że zespół nagrał muzykę lepszą od poprzedniczki…

Trudno wymagać, by Impiety po raz kolejny zmusili się, do nagrania takiego kolosa jak 38 – minutowa kompozycja  „Worshippers of the Seventh Tyranny”.  To był jednorazowy wyskok i zrealizowane marzenie Shyaithana a najnowszym dziełem zespół wraca na utarte szlaki apokaliptycznego, black – thrashu, opartego na zapieprzającej do przodu, satanicznej nawałnicy. W zasadzie słyszę tu nawet jakieś odreagowanie poprzedniej płyty, bo w odróżnieniu od tamtych, w dużej mierze opartych o doom metal struktur, nowe nagrania to jeden, wielki BLAST. Wszystko podporządkowane jest tu oczywistej, choć miejscami niemal absurdalnej rzezi.

Niestety, nawet jeśli darzę Shyaithana szacunkiem za jego upór i wolę walki, nie mogę stwierdzić, że tę rundę wygrał. Bo nowy krążek to przykład nokautującej utarczki spieprzonego brzmienia z fajną, doskonale zaaranżowaną muzyką. W pierwszym przypadku chodzi o niezrozumiałe dla mnie opatrzenie muzyki totalnie plastikowym, chamsko striggerowanym brzmieniem perkusji. Przecież nie grają żadnych gravite blastów, żeby potrzebowali aż takiej selektywności, zaś wszystkie te doskonale przygotowane utwory drażnią takim właśnie, syntetycznym dźwiękiem. Szkoda, bo gdyby nowa muzyka została opatrzona bardziej szorstkim, piwnicznym soundem, byłaby kolejną kultową pozycją. Same utwory nie są za krótkie, sięgając nawet do 8 minut („Revelation Decimation” czy zapierający dech w piersiach, rozpędzony „Weaponized”), dzieje się w nich sporo (oczywiście w ramach popieprzonej niemal prędkości), trafiają się nawet całkiem melodyjne fragmenty („War Crowned” z iście vaderowskim riffem…) a całość jak zwykle jest dopracowana, zaawansowana technicznie i opatrzona kolejną, znakomicie narysowaną okładką.

W sumie, mimo tych lekkich zarzutów, które gdzieś powyżej przedstawiłem, muszę przyznać, że zespół nadal trzyma wysoki poziom i choć nie wydaje ich już rodzima Agonia (szkoda…), nadal stanowią jasny punkt na old schoolowej, metalowej mapie.

Arek Lerch 

Trzy i pół