IMPERIAL TRIUMPHANT – Abyssal Gods (Code666 Records)

O Imperial Triumphant dowiedziałem się wraz z momentem wydania ep-ki „Goliath” w 2013 roku. Ci którzy słyszeli ten materiał mogą się domyślać jak wyglądała moja reakcja w trakcie zapoznawania się z nim. Przerażenie i niedowierzanie, ile trzeba wciągnąć by móc stworzyć coś tak popieprzonego? W każdym razie efektem piorunującego zaskoczenia jest ciągłe śledzenie sukcesywnych poczynań tego nietuzinkowego zespołu. Drugi album grupy właśnie się pojawił, z wypiekami na twarzy przyjąłem tę wiadomość.

Historia zespołu sięga 2005 roku, czyli momentu pojawienia się pierwszych, demonstracyjnych nagrań. Nie było to wyrafinowane granie, raczej mało przypominające dzisiejsze dokonania. Skład ulegał ciągłym zmianom, aż w 2012 roku skonsolidował się, by pozostać w tym stanie na kolejne lata. Tak, uważam, że to jest ten właściwy początek zespołu, a może trafniej, jego tożsamości. „Abominamentvm”, pierwsza długograjka z 2012 roku zaciekawiła globalną społeczność. Na wartość tego zaciekawienia wpłynęła przede wszystkim nienaganna oryginalność, na która złożyły się: technika, precyzja, chaos i mnóstwo poczerniałej atmosfery. Zapomniałbym dodać, że skład tworzy dwóch członków technicznie śmiercionośnego Pyrrhon, co oczywiście przekłada się na twórczość Imperial Triumphant (a to dobrze).

Drugi album rozpoczyna się w zatrważająco błyskawicznym tempie, bez zbędnego wprowadzenia zostajemy wrzuceni w gotującą się smołę. Myślałem, że jeżeli „Goliath” przypomina znamiona oderwanego od reszty, jednorazowego albumu koncepcyjnego, to forma też będzie epizodyczna. Chodzi mi o to, że nie spodziewałem się, że trudna do przetrawienia ekspresja zagości na dobre w twórczości zespołu. Bo bez wątpienia tegoroczne wydawnictwo jeszcze bardziej przeraża chaotyczną i brutalną techniką, brakiem możliwości jakiegokolwiek przewidywania następstw oraz dysharmonią prowadząca do wewnętrznej epilepsji. To bardzo wciągający materiał, wbrew pozorom, bo jak już uda nam się ustać przy podmuchu rozpoczynającego album „From Palaces of the Hive” to potem mimo, że na pewno nie z górki, to jest się o co oprzeć. Zróżnicowanie materiału stoi na bardzo wysokim poziomie. Momentami wiercimy się przez pogłębiający dyskomfort, by po chwili wypłynąć na powietrze („Opposing Holiness”). Pojawia się wiele akustycznych wstawek („Vatican Lust”), trochę nawiązujących do muzyki klasycznej. Wielopoziomowe wykorzystanie walorów prezentowanej muzyki przerosło moje wszelkie oczekiwania. O ile wszędobylski rozgardiasz okazał się domeną ostatniej ep-ki, tak chwytliwość brała górę na pierwszym albumie. „Abyssal Gods” radzi sobie doskonale ze znalezieniem wspólnego języka dla tych dwóch zjawisk („Krokodil”). Deathspell Omegowy klimat miejscami aż dusi, ale nie oznacza tandetnego przerysowywania. Od początku dawało się wyczuć mocną inspirację muzyką Francuzów, z resztą nie po raz pierwszy stanowiącą podwalinę twórczych natchnień dla wielu zespołów. Lecz mowa tu wyłącznie w kategoriach inspiracji, nic więcej; Imperial Triumphant żyje swoim życiem i jak potwierdził to po raz trzeci, mówi własnym językiem.it2

Na zakończenie jeszcze dodam, że zauroczył mnie ten zespół. Oznacza to, że do celebracji kolejnego materiału z trudem podszedłem wyzbywając się jakiegoś punktu odniesienia. Nic na to nie poradzę, że po raz trzeci Imperial Triumphant onieśmielił mnie i jednocześnie na nowo wzbudził ogromne zainteresowanie. Gdy słuchanie przypomina odurzanie, to z przyjemnością i bez żadnych wątpliwości podejmuje się temu uzależnieniu. Stuprocentowy Imperial Triumphant – sprawdzona marka, polecam.

Adam Piętak

Pięć