IMMOLATION – Kingdom of Conspiracy (Nuclear Blast)

Jak łatwo z grupy kultowej zmienić się w dobrego i milutkiego frienda, przekonuje nas Immolation. Najnowsze dzieło nowojorczyków to już dziewiąty długograj i jeden z pierwszych, na który, owszem, czekałem, ale bez ciśnienia. Nie dlatego, że przestałem lubić zespół. Raczej dlatego, że dość dokładnie wiedziałem, co dostanę w prezencie. I specjalnie się nie pomyliłem.

Każdy z nas ma kumpla, którego bardzo lubi, choć ten za każdym razem mówi dokładnie to samo – te same dowcipy, historyjki sprzed lat i bolączki. Taki status powoli staje się udziałem nowojorskich bogów death metalu. Chcę być dobrze zrozumiany – absolutnie nie mam zamiaru nikogo przekonywać, że zespół obniżył drastycznie loty, sprzedał się itp. Nie mam zamiaru rezygnować także z tej specyficznej, napuszonej metaforyki – niech więc są dalej bogami, choć moja uwaga może nasuwać podejrzenie, że coś tam w maszynie nie trybi. Nic z tego – ekipa Rossa ciągle trzyma poziom, ciągle jest nieprzejednana, tyle, że… od lat w dokładnie taki sam sposób. Czasami aż się prosi o jakiś smaczek, skandalik i burdę, a tu nic. Poprawność oraz skupienie tylko i wyłącznie na muzyce mogą drażnić w kontekście tzw. szeroko pojętego biznesu muzycznego; podejrzewam, że gospodynie domowe na całym świecie lepiej znają pewien polski zespół metalowy, niż właśnie Immolation. I tu dochodzimy do zasadniczej kwestii – przecież liczy się tylko muzyka. Może i tak, ale bez ździebełka soli staje się ona zbyt lekkostrawna.

Dość narzekań, bo w istocie otrzymujemy kolejny, wysokooktanowy wyziew w dobrze znanym, napiętym do granic możliwości stylu. Wprawdzie do masywności „Majesty And Decay” jednak trochę brakuje (znowu popuścili cugle Orofino…), jednak z technicznego punktu widzenia jest bardzo dobrze. Po małym zachwianiu pt. „Harnessing Ruin”, zespół znowu znajduje się na szczycie, nagrywa kolejne płyty, zagra trasę, nagra kolejną płytę, zagra… No właśnie. Ale o tym już było. Nowe kompozycje są majstersztykiem typowego dla tego zespołu, zapętlonego sposobu aranżacji, gdzieś przemykają charakterystyczne melodyjki, Steve uwija się jak w ukropie (sporo szybkich partii się tu trafia). Brakuje mi co najwyżej jakiegoś zaskakującego pomysłu, w stylu znanego z „Providence” „Illumination” z tym pięknie natrętnym motywem wiolonczeli. Fajny jest za to koncept okładkowy z tym nieco orwell’owskim przeświadczeniem o życiu w odgórnie sterowanym społeczeństwie. Za to plus.

„Kingdom…” to bardzo równa, solidna i nadal wysokiej próby dawka death metalu. Dusznego, technicznie doskonałego i bardzo dobrze znanego. W tym miejscu należy się jedynie zastanowić, czy potrzebujemy sprawdzonych witamin, czy raczej zależy nam na jakimś szoku. Z drugiej strony szczęście Immolation polega na tym, że nadal ma bardzo duży kredyt zaufania wśród fanów, co wynika w dużej mierze z zachowania autentyczności działań. A to powoduje, że na każdą, kolejną płytę będę czekał z niecierpliwością. I malutką nadzieją, że może w końcu zrobią coś, co mnie totalnie zaskoczy…

Arek Lerch

Cztery