IMARHAN – Temet (City Slang/Sonic)

Wydany dwa lata temu debiutancki krążek tuareskiego Imarhan świata może i nie podbił, ale został zauważony i całkiem ciepło przyjęty. Płytę chwalił The Guardian, piszący o „pewnym siebie, otwierającym uszy debiucie” czy Independent. Oczywiście nie obyło się bez porównań do legendarnej, również tuareskiej, grupy Tinariwen (przy czym Tinariwen pochodzi z Mali, a Imarhan z Algierii), która to również łączy tradycyjną saharyjską muzykę z bluesem i rockiem. Na nowym krążku Imarhan staje się bardziej roztańczony i eklektyczny, a określenie „pustynny blues”, chociaż bardzo pojemne, staje się coraz mniej adekwatne.

Oczywiście sam pomysł na połączenie rdzennie pustynnej, afrykańskiej muzyki z gitarowym graniem drugiej połowy XX wieku to nic nowego, ale wciąż stanowi dla europejskiego słuchacza ciekawostkę. Prawdę mówiąc, każdy kontakt z „Temet” był dla mnie wycieczką do zupełnie innego świata. Głównie dlatego, że – przyznam wam się do czegoś – zazwyczaj nie spędzam wieczorów zasłuchując się w afrykańskiej muzyce etnicznej, tak więc moje uszy nieprzyzwyczajone są do egzotycznie brzmiącego języka i nierock’n’rollowego zupełnie podejścia do rytmu. Poznając „Temet” warto zwrócić uwagę na sekcję rytmiczną, która może i nie jest nadzwyczaj efektowna, ale bez jej transowości krążek sporo straciłby na wartości. Oczywiście ów trans słychać też w pracy gitar, a jako że teksty pisane są w języku dla większości słuchaczy nieznanym, to i w wokalu, który można odbierać jako po prostu kolejny instrument.Imarhan-Andrea-Mae-Perez-High

Krążek prze do przodu bardzo szybko, tuaregowie zwalniają nieczęsto, głównie w końcówce – wolniejszy, choć wcale nie posępny „Zinizjumegh” brzmi trochę jak Stonesi na „Their Satanic Majesties Request” (te gitary od początku kojarzyły mi się z numerem „Sing This All Together”), natomiast zamykający album „Ma S-Abok”, który zaczyna się jak kolejny numer Bon Ivera, ujmuje naiwną melodyką i ckliwością. Numer fajny, ale dobrze, że jest taki tylko jeden, i to na końcu. Panom generalnie najbardziej wychodzą szybsze tempa – w ogóle w porównaniu do poprzedniej płyty wahadło przesunęło się z bluesa na funk, szczególnie jeśli chodzi o gitary, które, swoją drogą, brzmią tu niesamowicie; jest w nich jakiś post-punkowy chłód połączony ze wspomnianym funkiem, bluesem no i saharyjską transowością. Dużo tu hitów, takich zwyczajnie przyjemnych kawałków – wyróżniają się pod tym względem radosne „Ehad Wa Dagh” i „Alwa” spod znaku „tuareg tańczy”, ale każdy numer ma jakiś wpadający w ucho fragment.

„Temet” to świetny krążek. Kto wie, może i na podobną muzykę nastanie niedługo moda? Imarhan byłby na pewno jedną z najważniejszych armat tej afrykańskiej inwazji.

Paweł Drabarek

Pięć i pół