ILLUSION – Anhedonia (Presscom)

Największym problemem zespołów z ogromnym stażem i tzw. „formatką”, jest utrzymanie, albo może próba potwierdzenia autentyczności. Czasami jest to groteskowe, czasami wkurzające i rzadko… no właśnie: szczere i sensowne. Czy Illusion ze swoją drugą, poreaktywacyjną płytą ma szansę, żeby obronić status quo?

Być może pytanie jest trochę na wyrost, bo rzesze fanów o czymś tam świadczą, problem w tym, że tworząc tak zamknięty, szczelny profil muzyczny, Illusion po latach mógł mieć problem z wymyśleniem siebie na nowo, stając się niewolnikiem reanimowanego stylu, który stał się ich sukcesem i złotą klatką jednocześnie. O ile płyta „Opowieści” sprzed kilku lat miała duży kredyt zaufania i przyjęto ją z sympatią, o tyle nowe dzieło nie mogło już liczyć na pobłażanie. Illusion nie tyle przypomniał o swoim istnieniu co zadomowił się znowu na scenie, więc traktujemy go bez taryfy ulgowej. Pomijam w tym miejscu fakt tzw. zapotrzebowania; Lipa to koncertowy pewnik, zaś obecna forma grupy gwarantuje wp… na najwyższym poziomie. Można się zżymać, że propozycja grupy to koniunkturalny strzał dla młodzieży „juwenalnianej”, że teksty to zlepek sucharów… może i tak, ale „Anhedonia” to kawał porządnej roboty, czy nam się to podoba czy nie.illusion

W zasadzie wszystko pozostało bez zmian, ale Illusion podszlifował wszystkie swoje główne cechy i podszedł do tej płyty bezkompromisowo. Mam wręcz wrażenie, że muzykom przestało zależeć na schlebianiu publiczności i że są autentycznie wkurzeni. Mało ważne, na ile to wkurzenie jest dzisiaj istotne i jak spełnia swoją rolę, czy jest to bardziej rzemieślniczy odruch, czy potrzeba chwili. Podstawowe cechy płyty, decydujące o sukcesie to: prostota, brzmienie i wyrównany poziom. W zasadzie nie ma na „Anhedonii” jakichś specjalnych poszukiwań, grupa skupiła się na konkrecie – miażdżącym riffie osadzonym na prostym, świetnie bitym rytmie. Niby nic nowego, ale tym razem Illusion faktycznie dotarł do korzeni swojego stylu, tworząc dziesięć zwartych, obdartych z niepotrzebnych, aranżacyjnych sztuczek piosenek. Które BRZMIĄ. Rewelacyjnie, brudno i selektywnie. To jak płytę zrealizowano powinno być wyznacznikiem dla rockowych zespołów na najbliższe lata. Nie ma tu specjalnych przebojów, żaden kawałek nie wystaje i każdy nadaje się na koncertowy banger, szczególnie te, których riffy niebezpiecznie zbliżają się do starego, dobrego Helmet. Równe uderzenie prosto w pysk, dużo mroku i agresji. Lipa i koledzy wykorzystali swoją szansę. Można ich nie lubić, nie sposób nie szanować. Niby anhedonia a przyjemność jednak jest.

Arek Lerch

Pięć