ICEAGE – Plowing into the Field of Love (Matador/Sonic)

Paradoks współczesnej muzyki polega na tym, że im bardziej szuka własnej tożsamości, tym bliżej jej do autoplagiatu. Potrzeba oryginalności stała się obsesją, która często przysłania rzecz najważniejszą – że prawda jest tuż obok. Prawda ta nazywa się talentem i jeśli ktoś został nim obdarowany, zawsze znajdzie swoje miejsce, niezależnie gdzie ono się znajduje. Nie liczy się novum, ale tożsamość, obojętnie jakimi dźwiękami zostanie wyrażona. Potwierdza to kopenhaski kwartet Iceage.

Być może młodzi muzycy nie zdają sobie sprawy, jak blisko ideału się znaleźli, jednak intuicyjnie trafili w sedno, nawet jeśli tylko z mojego punktu widzenia. Subiektywnie rzecz ujmując, płyta „Plowing into the Field of Love” trafia idealnie w moje oczekiwania względem współczesnego, emocjonalnie nastawionego do życia artysty. A w tym przypadku wzorzec jest jeden – Nick Cave. Długo czekałem na kogoś, kto bez kompleksów sięgnie po dorobek barda i wreszcie się udało. Trzecia płyta Iceage to przykład bardzo twórczego podejścia do spuścizny Australijczyka. Oczywiście, Duńczycy są jeszcze młodzi (powstali w 2008 roku, mając po 17 lat na karkach) – słychać ów brak pokerowego wyczucia, gdzieś tam perkusista za bardzo się rozemocjonuje, jednak pomysłowość łączenia mrocznych pieśni z hałaśliwym, post – punkowym podkładem wychodzi im znakomicie. Wspomniany mrok to głównie wokalista Elias Bender Rønnenfelt, którego głęboki, lekko załamujący się głos, sposób interpretacji i pozornie manieryczna narracja jako żywo przypominają Cave’a z płyt „Your Funeral… My Trial” czy „Tender Prey”. Co ciekawe, zespół podobny poziom emocji osiąga za sprawą hałaśliwego, miejscami mocno rock’n’rollowego łojenia („The Lord’s Favorite”), przez co zdarza mu się sięgać do proto – punkowych korzeni wspomnianego mentora, brzmiąc niczym The Birthday Party („Cimerian Shade”). Miejscami ta młodzieńcza nerwowość jeszcze zdaje się dominować, jak np. w nowofalowym „How Many”, ale zespół pokazuje także, że w budowaniu nastroju za pomocą spiętrzających się instrumentów ma już spore doświadczenie. Rewelacyjnie wychodzi to w „Glassy Eyed, Dormant and Veiled”, gdzie charakterystyczne dla The Bad Seeds staccata, wzmocnione fortepianem i partiami trąbki rzeczywiście chwytają za gardło. Perwersyjnie robi się w chorym, bluesowym „Abundant Living” a kiedy trzeba, zespół potrafi porzucić hałaśliwe harmonie i stworzyć dźwięki majestatyczne i zaskakująco klarowne. Umiejętne budowanie napięcia charakteryzuje „Stay”, zaś dystyngowany, barowy „Agaisnt The Moon” powinien płytę kończyć. Szkoda, że zespół zdecydował się dorzucić jeszcze dwa kawałki, bo „Simony” i utwór tytułowy są zdecydowanie najsłabszymi elementami płyty.Iceage_general01

Duże brawa należą się gitarzyście – Johan Suurballe-Wieth potrafi wyczyniać cuda. Jego szczekający garażowo instrument idealnie łączy szorstką, rockową manierę z bluesowym zawodzeniem, nie boi się dysonansów („Let It Vanish” to czystej wody noise rock po linii Killdozer…) i tajemnicą pozostaje, w jaki sposób udaje mu się połączyć te balansujące często na granicy stroju hałasy z manierą wokalisty. Największym zaskoczeniem jest to, że na płycie, pozornie rozchwianej, wszystko do siebie pasuje. Bałaganiarski sposób aranżowania z każdym, kolejnym przesłuchaniem okazuje się mieć swój osobliwy sens. Kopenhaski kwartet, bazując na cave’owskim rozumieniu muzyki, osiąga podobne efekty skromniejszym instrumentarium, generując – pomijając kilka drobnych wpadek – niespotykany już dzisiaj klimat. Moim skromnym zdaniem, jedna z ciekawszych, tegorocznych płyt.

Arek Lerch

Pięć i pół