HUTA PLASTIKU – Bezlubie (Bat-Cave Prod.)

Przetrwali. To jest najważniejsze. Kiedy poznałem debiutancką ep-kę Huty, bałem się, że będzie to kariera w warszawskim stylu: jeden materiał i do widzenia. A tu proszę, znienacka uderzają nowym pełnym materiałem, w dodatku ze świetną okładką i w pełni świadomą, dojrzałą muzyką. Niby nic nowego, ponownie ten sam postpunkowo/nowofalowy ślad z lekkim posmakiem gotyku, ale podany w niemal przebojowy sposób. Tak trzymać.

Smutne muzyki mają się dobrze, to najważniejsza konkluzja. Od zawsze smutek, depresja i dół sprzedają się najlepiej, kiedy ożeni się je z przebojowymi (choć zachowującymi zimny dystans…) melodiami i ładnie zamknie w klamrze solidnej rytmiki. W tym kontekście Bezlubie może być uznane za doskonały produkt. Zespół wymyślił chwytliwy tytuł, dodał trochę mądrych, pochylających się nad naszą rzeczywistością tekstów (ale bez niepotrzebnej filozofii) i ubrał w parę gitarowych zagrywek, niby starych, ale jakoś świeżo brzmiących. To wystarcza, by płyta się mogła podobać.14963128_361218044221133_612671212116568256_n

I co najważniejsze – nadal nie ma tu grama nowości, wszystko kręci się wokół lat 80. To ciągłe odgrzebywanie ma jednak sens, jeśli słychać, że zespół wierzy w swoją muzykę i czerpie radość z grania. Bo nie ma nic gorszego niż smutasy, łojące smutną muzykę. A Huta Plastiku dobrze się w swoim towarzystwie bawi. I wychodzi im: a to kjurowa piosenka („Idę” w której żegnają… przeszłość), a to mroczniejszy, noszący „pornograficzny” sznyt „Hmm”, klimatyczne „Koła” czy nieco rozbudowana, wlokąca się „Ksiega Dżungli”. Wokalnie jest… janerkowo. Wiem, że Przemek ma pewnie dość tych porównań, ale tak brzmi i jest to bardzo przyjemne uzupełnienie dźwięków. Cieszę się, że zespół nadal zachowuje prostotę kompozycji i nie przesadza z tzw. mieszaniem. Liczy się riff (koniecznie „na delayu”), dobry rytm i słowo. Zaskakuje być może trochę d-beatowy „Na bezlubie”, ale – jak przyznaje w wywiadzie wokalista – zawsze lubili hardcore’a. Niech im będzie.

„Bezlubiem” Huta Plastiku świata nie zmieni, ale gwarantuje, że będziecie się dobrze bawić. Rasowy, choć zdecydowanie nieodkrywczy materiał. Bo i po co, skoro żre podobnie jak na początku mijającego roku płyta Adore Life. Może jeszcze do tych panien trochę im brakuje, ale smaczek podobny. W sam raz pod choinkę.

Arek Lerch

Pięć