HUMANITY DELETE –    Never Ending Nightmares (Dead Beat Media)

Rogga Johansson to w death metalu człowiek-instytucja;  chwilę temu objawił światu swój chyba najnowszy (kto tak naprawdę zliczy je wszystkie)  projekt, czyli Megascavenger. Okazuje się, że w tym roku nie jest to jedyna premiera za jaką odpowiedzialny jest ten wytatuowany osobnik. Humanity Delete to klasyczny one man project – Rogga zajął się tu wszystkim, tyle, że tym razem uwarzył koktajl, który jest wyjątkowo ciężkostrawny.

 

„Never…” to album oparty na bardzo prostych patentach, pozbawionych jakiejkolwiek finezji i co tu dużo mówić, po prostu boleśnie oklepanych. Takie granie ma co prawda swój bardzo specyficzny urok lecz w przypadku Humanity Delete trudno jest polecić muzykę nawet zdeklarowanym fanom old schoolu. Słuchając tego materiału odnoszę wrażenie jakbym obcował z dość surowym, topornym demo. Jeśli przypadkiem  traficie na „Never…”, trudno będzie Wam uwierzyć, że za dźwięki te odpowiedzialny jest muzyk tak doświadczony jak Rogga. Proste riffy, średnie tempa i pozostawiająca wiele do życzenia automat perkusyjny – z takich elementów składa się muzyka Humanity Delete. To trochę jakby połączyć na jednej płycie granie w stylu Six Feet Under, Avulsed i Autopsy tyle, że bardzo mocno uproszczone.

Trudno jest mi dopatrzyć się powodu, dla którego doświadczony i szanowany muzyk wydaje album na poziomie undergroundowego debiutanta – tak właśnie brzmi „Never…”. Płyta, która nie była nikomu do szczęścia potrzebna.

Wiesław Czajkowski