HORRENDOUS – Anareta (Dark Descent)

Recenzując kilka lat temu „The Formulas of Death” Tribulation fantazjowałem, że może nowa jakość w death metalu przygalopuje pod sztandarem melodii. Od tego czasu wypatruję jutrzenki zmian, która dowiodłaby, że miałem rację i jestem prawdziwym wizjonerem metalowego dziennikarstwa. Póki co, nic takiego się nie wydarzyło. Oczywiście parę jaskółek przeleciało – Tribulation uciekł do ekstraklasy, ciekawą płytą pożegnał się Morbus Chron, nowe życie w klasyczną, skompromitowaną formułę gatunku tchnął znakomity album In Twilight’s Embrace. To wszystko jednak trochę mało, aby mówić o jakimś skonkretyzowanym nurcie. Nadzieje pokładałem w amerykańskim Horrendous, którego zeszłoroczny album „Ecdysis” zapowiadał, że następna płyta będzie ich opus magnum. Niestety, nie jest. Albo, co gorsza, jest.

Na pierwszy, drugi i trzeci rzut ucha „Anareta” jest materiałem lepszym i ciekawszym od poprzednika. Mocno obecne inspiracje Edge of Sanity (tym z okolic „The Spectral Sorrows”) ustąpiły miejsca znacznie ciekawszej formule, która w moim odczuciu łączy „melodyjną szwedziznę” z technicznym graniem a’la Atheist z „Unquestionable Presence” i „Elements”. Horrendous dobrze służy ostateczne oswobodzenie się z piosenkowych struktur i „sunlightowatego” brzmienia – gitarzyści mogą się wygrać za wszystkie czasy, a pomysłów starcza im na większość z tych 45 minut. Myślą przewodnią jest raczej odnalezienie w tych melodiach szaleństwa i dziczy niż popis instrumentalny bandy studentów. Robal „złej melodii” wyłazi z tego jabłka tylko czasem, niestety wciąż nie udało się draba wytruć. Najwięcej niedobrych rzeczy słychać w „Siderea” – fatalnym instrumentalu brzmiącym jak intro na koncercie Arch Enemy. Największym problemem nowego album Horrendous nie są jednak okazjonalne przebłyski nastoletniej sympatii do Iron Maiden, tylko wokale, dzielone między obu gitarzystów. Piosenkarz lepszy drze się jak Tomas Lindberg na ciężkim kacu. Piosenkarz gorszy udaje zachrypniętego koguta. Co gorsza, kurak pieje już w pierwszym numerze ustawiając tym samym odbiór całego „Anareta”. Miało być ciekawie i ekspresyjnie – fajnie, doceniam, ale wyszło, hm, na poły zwyczajnie i śmiesznie.Horrendous

To dziwne, jak pojedynczy składnik ciekawej płyty potrafi zamącić cały jej odbiór. Słucham „Anareta”, unoszę brwi i kiwam głową z uznaniem nad ciekawymi pomysłami, bardzo „gatunkową” energią przy jednoczesnej próbie ucieczki z deathmetalowej sztampy. Jednocześnie wiem, że drób za chwilę odśpiewa swą tęskną laryngologiczną pieśń i cały nastrój posypie się jak po kawale o Gregorze (kiedyś przytoczę) opowiedzianym na pierwszej randce. Horrendous wydaje się zespołem „ambitnym”, każdy ich album proponuje coś nowego w ramach obranej ścieżki. Dlatego mam nadzieję, że „Anareta” nie jest zwieńczeniem tych poszukiwań, a kolejne miesiące zamiast błogiego samozadowolenia przyniosą trzeźwą refleksję. Jeśli nie, kolejny album wysyłam prosto do ubojni drobiu „Koko” w Dulowej.

Bartosz Cieślak

Trzy i pół