HOPPER – s/t (Gusstaff Records)

Moda – ok, może nie jest to najlepsze słowo – na alternatywne improwizacje trwa w najlepsze. Co i rusz wyłaniają się z podziemia kolejne twory (niedługo napiszemy o – tfu! – Ślinie), i choć coraz częściej łapię się na tym, że ta nisza w alternatywnej scenie staje się z dnia na dzień ciaśniejsza, z ogromną przyjemnością konsumuję kolejne wykwity miłości do swobodnego muzykowania.

Jest w Polsce miasteczko niedaleko Wrocławia – tak rozpoczyna opowieść debiucie Hoppera wydawca, ja dodam tylko, że na przeciwległym krańcu leży inne miasto – Kraków, gdzie grają Obiekty i te dwa zespoły mogą sobie podać w pewnym sensie rękę. Dlaczego? Bo tworzą muzykę dla każdej otwartej głowy, czyli dla nikogo. Kim jest ten „nikt”? Kimś kochającym długaśne loty. Kimś nienawidzącym krótkich piosenek. Kimś uwielbiającym improwizację prowadzącą do spełnienia. I ktoś taki pokocha Hoppera, kolejny zespół, który zrodzony z żyznej, wołowskiej ziemi (w składzie niestrudzony „weteran” Marcin Lokś, który niedawno popisał się świetną płytą Vermona Kids), przynosi nam cztery długie, przesiąknięte psychodelicznym niepokojem, w dużej mierze oparte na transie, repetycjach i lekko improwizowanej formule kompozycje. Fakt, w dzisiejszych czasach, kiedy niemal każdy alternatywny zespół jest zobligowany do rozciągania swoich dźwięków do granic przyzwoitości, propozycja Hopper może wydawać się jedynie jedną z wielu, a jednak intryguje, wciąga w pełen tajemnicy świat. Jest w muzyce zespołu jakaś zaduma, każąca odłożyć na bok robotę, przysiąść i zanurzyć się w te dźwięki.hopper band

Gitarowy podkład i miarowa perkusja są tu fundamentem pod pięknie rezonującą trąbkę, która bierze na siebie ciężar kompozycji i wiedzie myśli gdzieś w stronę jazzu, choć bardziej ze względu na klimat niż aspekty techniczne. Jeśli ktoś jednak myśli, że wie już wszystko, będzie zaskoczony, kiedy po dwóch, sennych kompozycjach „Rydygiera” i „Ebbing” dotrze do „Kazu”, gdzie zespół nagle otrząsa się z narkotycznej hipnozy i zaczyna grać mocnej, bardziej nerwowo, funkująco wręcz, skręcając w stronę nawiedzonego noise i łapiąc ten nerwowy lot, który zbliża wołowski projekt do rejonów, gdzie niepodzielnie króluje Lonker See. Nie wiem, jak długo będzie jeszcze panować moda na takie dźwięki, ale jeśli pojawiać się będą płyty jak niniejsza, mniemam, że jeszcze sporo czasu upłynie. Rzecz do kontemplacji i odkrywania kolejnych, współistniejących światów ogniskujących się w muzyce Hoppera. Polecam.

Arek Lerch

Pięć