HOPE DRONE – Cloak of Ash (Relapse)

Relapse jak zawsze wygrywa w kategorii „wyciągamy najbardziej popieprzone zespoły świata” i ponownie proponuje coś przytłaczającego, absurdalnego niczym australijska flora i fauna oraz niebezpiecznego niczym rozżarzone pustynie tegoż kontynentu. Nawiązanie nieprzypadkowe, bo Hope Drone stacjonuje w Brisbane. Debiutancki album tej załogi to walec. My jesteśmy żabami. Jaki będzie finał konfrontacji?

Z jednej strony nadal jestem zaintrygowany, gdy na liczniku widzę kawałki przekraczające standardowy czas. Bo jest nadzieja na coś ciekawego. Podobnie miałem z debiutem Hope Drone, który rusza z dwudziestominutowym kolosem „Unending Grey” a potem serwuje kolejne, nie mniej niż dziesięciominutowe strzały. Z drugiej strony – coraz trudniej przychodzi mi strawić po raz kolejny obleśną miksturę black metalu i klimatycznego (czy jakoś tak…) sludge. Hope Drone nie opierdala się w tańcu i funduje muzykę przytłaczającą i gęstą, po raz kolejny powstającą gdzieś na przecięciu czegoś co jakiś czas temu z uwielbieniem nazywano hipsterskim black metalem z dołującym drone – sludge-post metalem. Dobry trop? Na pewno – spójrzcie na fotkę: wąskie rurki, brody, okulary i las. Nic więcej nie trzeba.

Ale do rzeczy… Weźmy taki np. „Riverbeds Hewn in Marrow”. Atakuje napędzaną blastem nawałnicą, by po 4,5 min wyhamować i wpaść w okrutny i smutny jak sam diabeł, post metalowy dół. I tak prawie do samego końca, bo ostatnia minuta znowu należy do szaleńczych temp. Od strony konstrukcyjnej podobny schemat pojawia się jeszcze w „The World Inherited” czy „Carried Apart by the Ceaseless Tides”, więcej jednoznacznej, hipsterskiej smoły mamy w „Every End is Fated in Its” (tu tylko małe zatrzymanie) czy „The Chords That Thrum Beneath the Earth”, zaś „The Waves Forever Shatter Upon Our Shores” to już absolutne szaleństwo psychodelii i rozjechanych dronów, prowadzących w otchłań.Hope Drone band

Tyle statystyk, zaś wnioski płyną z tego dość dwuznaczne. Bo można tu nadal odnaleźć ciekawą ścieżkę alternatywnie rozumianej, czarnej sztuki i co bardziej narkotycznych odmian doom’owego bagna, faszerowanego wszelkiego rodzaju chemią. Jednak zamiast polskiej specjalności, czyli dopalaczy, mamy tu do czynienia z autentyczną chorobą psychiczną, odjechanym, gitarowym jazgotem, tylko niekiedy dopuszczającym nieco tradycyjnie rozumianej melodyki w bardziej melancholijnych fragmentach. Problem z tymi numerami polega raczej na tym, że poszczególne fragmenty brzmią dla mnie zbyt klasycznie, rzekłbym wręcz – normalnie i dopiero rozdmuchanie ich do monstrualnych rozmiarów i zderzenie szaleńczych temp z ociężałymi dołami tworzy coś, co tu i ówdzie jeszcze niedawno określano mianem nowości. Dzisiaj akceptuję taki miks, ba, może nawet miejscami daję się porwać tej przytłaczającej atmosferze, ale oczekuję jednak czegoś więcej, czegoś autentycznie nowego. Co, mam nadzieję, niedługo nadejdzie; albo ze strony tego zespołu, bo jakiś tam potencjał wyczuwam, albo z zupełnie innego kierunku.

Arek Lerch

Trzy