HIGH DEFINITION QUARTET – Dziady (PWM/Anaklasis)

Fakt istnienia takiej płyty stawia w zupełnie innym świetle poszukiwania jazzowej części muzycznego bractwa nad Wisłą. Przede wszystkim, należy się zastanowić, w jakim kontekście ustawić materiał. Czy bardziej jako coś w rodzaju polskiego symbolu? Obok słowiańskich duchów EABS czy „Polski” Damasiewicza? Nie sądzę by jakiś narodowy kontekst miał tu większy sens, choć porwanie się na mickiewiczowskie „Dziady” jest odważnym, żeby nie powiedzieć, szaleńczym ruchem ze strony High Definition Quartet.

Dlaczego? Po pierwsze ruszanie świętości nie jest bezpieczne i nie każdemu udaje się wyjść z takiej potyczki w jednym kawałku. Po drugie, bo same „Dziady” mają odbiór bardzo różny, począwszy od szukania duchów, szalejących pod powierzchnią i patriotyczno- filozoficznych rozkminek, po brak zrozumienia i odrzucenie. Sam nie jestem fanem tego dzieła Adama Mickiewicza, dlatego podszedłem do płyty z dużą ostrożnością. Bałem się, że powstało coś mocno nadętego. Niezjadliwy, akademicki bełkot, łączący muzykę poważną z jazzem. I tu zaliczyłem pierwsze potknięcie, bo usłyszałem coś świeżego. Zaskakującego, choć zaliczyłem też kolejne potknięcie polegające na tym, że w zasadzie przez dłuższy czas nie byłem pewien tego, co słyszę i jak można to zinterpretować. Zacznijmy od samych „Dziadów” a konkretnie II ich części. Mamy więc Dzień Zaduszny, w kaplicy trwa obrzęd prowadzony przez Guślarza, wzywane są dusze czyśćcowe itp. Przez cały dramat Mickiewicza przeplatają się wątki romantyzmu, elementy autobiograficzne, wreszcie kwestie walki z ruskim zaborcą. Ponadczasowe dzieło Mickiewicza ma to do siebie, że można je interpretować na sto sposobów i w zasadzie każda opcja może mieć sens, zresztą, kto z nas nie przechodził przez ten magiel na lekcji j. polskiego? Można też uznać, że jest to dzieło tak zagmatwane, że aż niezjadliwe, dlatego próba przełożenia na język muzyki może być wyjściem z labiryntu. Po prostu, uruchamiamy intuicję.HDQ

Kwartet Piotra Orzechowskiego już na etapie koncepcji znalazł sprytne wyjście z tego ślepego zaułka. Otóż, zamiast zaufać tylko swoim możliwościom (obawiam się, że interpretowanie Mickiewicza tylko za pomocą typowo jazzowego instrumentarium nie pozwoliłoby uniknąć bijącej z „Dziadów”, wszechobecnej patetyczności), skumali się z kilkoma specami od elektroniki (min. William Basiński, Igor Boxx czy Robert Rich), dając im wolną rękę w kilku częściach muzycznej koncepcji. I takie wpuszczenie powietrza do w sumie tradycyjnej, jazzowej formuły było wizjonerskie. Owszem, jeszcze ciekawsza byłaby większa synteza elektroniki i jazzowego składu, ale tu wkracza koncepcja, będąca czymś w rodzaju ścieżki dźwiękowej do poszczególnych tematów II części dramatu. W tym miejscu możemy jednak odejść od dalszego śledzenia romantycznego dzieła, skupiając się na muzyce. Przede wszystkim, chyba jednak najsensowniejsze jest spożywanie dania w całości, jeden seans, jak w kinie. Płyta jest – i tu mam dylemat co do przymiotnika – trudna. A może wymagająca? Układ II części „Dziadów” wymusza konstrukcję płyty; zespół w ręce elektroników oddał „Upiora”, „Aniołka”, „Dziewczynę” i „Widmo”. W tych częściach dominują przestrzenie budowane przez elektroniczne zabawki, raczej stonowane, choć czuć w tym podskórne napięcie. Szczytowanie płyty to 23-minutowy „Kocioł wódki”, najbardziej szalony, jazzowy banger, w którym muzycy wspinają się na szczyty swoich możliwości. Poza tym jest lekko swingujący „Wianek”, nerwowe „Przygotowania”, „Zakończenie” w klimacie „stańkowej” ballady i bombastyczny, podniosły „Epilog”.

Płyta nie jest materiałem na jedną, zdawkową konsumpcję. Sam jazz może być trudny i wymagający, w takiej, koncepcyjnej formie, skrzyżowany z elektronicznymi poszukiwaniami, jeszcze bardziej domaga się skupienia, wsłuchania w drugie dno, niemalże dwutorowo – smakując jazzowe improwizacje, współistnienie instrumentów z jednoczesną świadomością kontekstu. Hej, czy nadal mówimy o muzyce? Niewątpliwie jest to najciekawsza, przełomowa w sumie produkcja jazzowa, zamykająca rok 2019. Przełomowa i najtrudniejsza. Podejmuj wyzwanie, człowieku. Warto czekać na moment olśnienia.

Arek Lerch

Sześć