HENRY DAVID’S GUN – Over the fence… and far away (Borówka Music)

Nagrywanie i wydawanie płyt w ostatnich latach to w zasadzie męka. Wiadomo, że kasy z tego nie będzie, „Ona tańczy dla mnie” zdarza się raz na paręnaście lat, a muzyka i tak dzień po premierze (albo i przed…) ląduje w necie. Szukanie w tym pokręconym biznesie logiki nie ma sensu. Dlatego tym bardziej człowiek się cieszy, kiedy znajdzie dzieło, mające w sobie jakiś sens i mądrość. Taki jest debiutancki long nowej formacji Wawrzyńca Dąbrowskiego.

Wprawdzie wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że zostanie on wrzucony do worka z napisem „songwriterka”, sugerującym, że mamy do czynienia z typowym, smutnym bardem z akustyczną gitarą w łapie, jednak pod szyldem Henry David’s Gun kryją się jeszcze dwaj panowie, razem tworząc mieszankę nostalgicznej, zawieszonej w przestrzeni, nieoryginalnej choć uroczo bezpretensjonalnej, folk rockowej muzy. W ostatnich latach taki rodzaj wypowiedzi stał się nad Wisłą dość popularny, jednak tylko niektóry potrafią na dłużej przykuć uwagę. Jest Peter J. Birch, jest Moriah Woods (ok, to bardziej internacjonalny przypadek…), jest i Dąbrowski. Świetny głos, fajne kompozycje i nostalgiczne, nieoczywiste melodie. Idealna mieszanka, by zapełnić ep-kę. Na cały album potrzeba czegoś więcej. Że to trudna sztuka świadczy fakt, że gdzieś pod koniec rzeczona płyta jednak troszeczkę się dłuży; mogli panowie ze dwie piosenki przeznaczyć na jakieś okolicznościowe bonusiki czy wersje de-luxe. To jednak mały mankament tej w sumie bardzo udanej propozycji. Co decyduje o sukcesie? Przede wszystkim świadomość, że akustyczne gawędziarstwo jest dobre przez chwilę i trzeba bardziej się postarać, żeby zatrzymać słuchacza. Są dobre teksty o życiu i nie tylko, doskonałe brzmienie a w odpowiednich momentach z pomocą przychodzą fajne aranżacje eksponujące pomysły rytmiczne, kierujące muzykę bliżej rockowego środka.Henry's band

Zespół bardzo przyjemnie to wszystko wymieszał, czasami ocierając się o przyjazne radiu szlagiery – w „33 Beads” refren kojarzy się z rozmachem ekipy Maćka Wasio a „By The Riverside” kusi harmoniami kojarzącymi się z solowymi dokonaniami Stinga. Z kolei „Mandala Song” mógłby znaleźć się na płycie zapomnianych już dzisiaj The Walkabouts. Porównania to tylko mała próba okiełznania muzyki Henry David’s Gun. Najważniejsze są dla mnie te pomysły, które proste w sumie kompozycje dźwigają na zupełnie inny poziom. Dużą rolę pełni tu sekcja rytmiczna, bo taki „Time On My Hands” mógłby pozostać zwykłą, optymistyczną piosenką, gdyby nie fajna gra perkusjonaliów i świetne partie basu. Zespół dobrze operuje dynamiką – przechodzenie od akustycznej oszczędności do pełnej, z rozmachem podanej aranżacji to dla nich pestka („Evening Glow Orange” czy „Billy Without Teeth”). Pozornie jest to dość tradycyjna, stylizowana na amerykańską modłę rockowa nuta, jednak – co jest moim subiektywnym odczuciem – pewna doza autentyzmu powoduje, że jestem w stanie uwierzyć, w to co chce mi Dąbrowski powiedzieć.

Do kogo zatem adresuje swoją propozycję Henry David’s Gun? Ano, chyba głównie do tych bardziej wyluzowanych hipsterów z wielkomiejskich korporacji, marzących o tym, by wyrwać się ze zbiurokratyzowanego, biurowego bagna. W muzyce HDG jest ta przestrzeń, podmuch wiatru, tęsknota za werandą w starym, wiejskim domu. Coś czego większość z nas mieć nie będzie bo nie jest w stanie zaryzykować. Zostaje słuchanie takich płyt jak tu recenzowana, by choć przez moment poczuć się wolnym. Jeśli coś takiego się wydarzy, znaczy, że zespół osiągnął swój cel…

Arek Lerch 

Pięć