HELMET – Dead To The World (e.a.r music/Mystic)

Ech, skaranie boskie z tym Helmet. Mogli pozostać w krypcie a nie chamsko wbijać się znowu na sceny i robić tym samym kłopot dziennikarzom… Przekleństwo takich zespołów zwie się: „nagraliśmy płytę co stała się pomnikiem, ale dalej chcemy rzępolić”. Helmet jest w tej kategorii niewątpliwym mistrzem, co potwierdza nowym materiałem. A może nie potwierdza?

Dobry kolega Bartek Cieślak w pewnym hałaśliwym magazynie bardzo się po tej płycie „przejechał”. I jestem w stanie się z nim zgodzić, choć ta zgoda dotyczy raczej pewnego kontekstu. Chodzi o wspomniany we wstępie fakt, że zespół nie odszedł w niepamięć, ale bezczelnie próbuje nam wepchnąć kolejne płyty. Mam też problem, bo – zapewne podobnie jak wspomniany kolega – uważam, że trzy pierwsze płyty „Strap It On”, „Meantime” i „Betty” to dzieła doskonałe, a środkowe z wymienionych wręcz wybitne. Dlatego powrót zespołu po paru latach zawieszenia wywołał mieszane uczucia. Głównie za sprawą zmian w składzie tudzież usilnych prób nawiązania do świetnej przeszłości. Page Hamilton, gitarzysta, który wywrócił w początkach lat 90. myślenie o tym instrumencie i zapłodnił całe rzesze zespołów, od hardcore’owców począwszy na metalowcach pokroju Sepultury skończywszy, poszedł swoją drogą i zamiast nagrywać kolejne wariacje „Meantime”, robi po prostu swoje. Fakt, nie tak rewolucyjne jak „międzyczas”, nie tak ciężkie i melodyjne jak „Betty”, ale zachowujące ten charakterystyczny smak. No i tu jesteśmy w kropce, bo doprawdy, nie wiem, jak ocenić „Dead To The World”. Głównie dlatego, że „Seeing Eye Dog” też spodobał mi się długo po premierze. Nie mogę jednak odmówić Hamiltonowi dobrze wykonanej roboty. Roboty, podczas której ani razu – tego jestem pewien – nie pomyślał, co też powiedzą słuchacze i krytycy. Nie ma premedytacji tylko tradycyjne dla Helmet łojenie. Ani przebojowe, ani nowatorskie czy eksponujące ten niesamowity groove, którym rozpieprzali w pierwszych latach działalności. Nie będę płakał nad brakiem Staniera, bo w zasadzie nie jest tu potrzebny. Staram się przyjąć to co Hamilton i koledzy prezentują dzisiaj.Helmet

Muszę to zrobić, to czego potrzebuję. To właśnie to czego potrzebuję” – śpiewał Hamilton w „FBLA II” i tak jest właśnie z nową płytą. Robi dokładnie to co czuje i czego potrzebuje. Proste, niemal ciosane siekierą aranże, miarowe tempa, dziwne, balansujące na granicy fałszu riffy i w zasadzie wkurwiające, atonalne, kakofoniczne solówki. No i śpiew – brzydki, brudny i chyba autentycznie wściekły. Nowa płyta jest w moim odczuciu bliska korzeniom, tyle, że nie Helmet, ale archetypicznego hardcore’a. Już pierwszy numer na płycie „Life or Death” jest tak bezpośredni jak tylko można – główny riff i niemal od razu wejście wokalu. Zero cackania się ze słuchaczem, walimy po mordzie. Równie hardcore’owe są „Bad News” czy ponury „Die Alone”, ale jeśli dobrze wsłuchać się w ten materiał, łatwo wyłowić sporo ciekawych rozwiązań. Tytułowy wałek poprowadzony jest w zupełnie inną stronę, nietypowo budowana melodia i konstrukcja rytmiczna mogą się podobać, „Expect the World” to niemal awangarda, we wściekłej, szorstkiej panierce hałaśliwych gitar. A jeśli chcemy starego, dobrego Helmeta, to proszę – „Red Scare” to groove żywcem wyciągnięty z „Betty”, podobnie rezonuje „Drunk in the Afternoon” (fakt, wtedy jest najmilej…). Jedynie „Green Shirt” z repertuaru Elvisa Costello jest spokojniejszy tudzież w tradycyjnym tego słowa znaczeniu piosenkowy. I tyle.

Helmet żyje i nie przejmuje się niczym. Bo gdyby się przejmował, mielibyśmy nieudolną próbę skopiowania klasycznych rozwiązań, całą plejadę rwanych, „międzyczasowych” riffów. Oczywiście, gdzieś tam sentyment jest, bo niedawna trasa, na której grali całą płytę „Betty” o czymś świadczy. Pewnie Page zdaje sobie sprawę, że największy szał byłby wtedy, gdyby zebrał skład Mengede/Bogdan/Stanier i zagrał trasę pt. „Return to the Meantime”. To nam jednak nie grozi. Dawne czasy nie wrócą, lata 90. zostaną tam gdzie są, stare płyty Helmet kurzą się na półce, do nowej… pewnie wrócę, bo to nie jest zły materiał, jednak dzisiaj oceny nie wystawiam. Posłucham jej za rok i wtedy dam wam znać, co czuję.

Arek Lerch