HELATONE – Concrete Cave (Electric Eye)

Historia kołem się toczy. Kiedy gdzieś pod koniec lat 90. wygasał impet yassu, ten i ów pewnie pomyślał, że kiedyś jeszcze taka muzyka powróci. W innej formie, z innymi aspiracjami, zupełnie innym bagażem doświadczeń i możliwości, ale jednak. No i od kilku lat duch yassu odradza się w światku alternatywnym, co i rusz serwując nam kolejne, ciekawe projekty. Helatone jest jednym z nich i ma dużo do zaoferowania. Jak na starych wyjadaczy przystało…

Zastanawiam się, kiedy alternatywny światek doszedł do ściany i uznał, że czas na koło ratunkowe. Nie chcę przez to powiedzieć, że to co dzieje się na tym polu, nie jest atrakcyjne, bo improwizowany nurt to jedynie wycinek tej sceny i to wcale nie taki znowu duży. Ale na pewno jest jednym z bardziej inspirujących. Helatone wpisuje się w ten wizerunek idealnie; Bartek Kapsa znany jest jako perkusista Something Like Elvis, Tropy czy Contemporary Noise Sextet, saksofonista Tomasz Gadecki ostatnio głównie bryluje z Lonker See.  W Helatone wyrażają przede wszystkim swoją wolność i choć saksofony czy duety są ostatnio bardzo modne, zespół ten na tle improwizowanej sceny błyszczy jasnym i na pewno nie odbitym światłem. Przede wszystkim dlatego, że potrafili znaleźć dla siebie niszę. Kiedy pierwszy raz spotkałem się z tym projektem, od razu na myśl przyszedł mi utwór „The Element” z ostatniej płyty Lonker See, będący improwizowanym popisem duetu Gos i Gadecki, jednak w przypadku Helatone mamy do czynienia z zupełnie innym technicznie lotem. Improwizacja Helatone ma w sobie bowiem pierwiastek tzw. „określoności”. Panowie wyznaczają sobie ramy kompozycyjne, przez co w zasadzie mogą odgrywać materiał z „Concrete Cave” w dwojaki sposób – traktując jako dzieło skończone i odtwarzając wiernie studyjne oryginały, albo uwalniając ich potencjał w improwizowanym locie w nieznane. W obydwu przypadkach będzie to niezapomniane przeżycie.Helatone

Duet stawia przede wszystkim na transparentność – to co mają do zaproponowania, to struktury poukładane i zagrane z dużą dyscypliną. Styl Kapsy jest oparty o wyrazistą rytmikę i znakomite czucie instrumentu – nawet w momentach gęstych i zdecydowanie jazzowych („Cube Motion” czy „Cave”) jego gra jest zrozumiała a improwizacje oparte na czytelnym aranżowaniu pomysłów. Zamiast brnąć w dźwiękowy „szum”, bardzo umiejętnie operuje brzmieniem perkusji, nigdy nie gubiąc wątku – po prostu mistrzowska dyscyplina. Gadecki także idzie tym tropem, ograniczając efekty, których używa w Lonker See, skupiając się na uważnym dialogu z Bartkiem. W kontrze do tych mocniejszych, jazzowych tematów pojawia się trochę oszczędniejszych, nastawionych na koloryzowanie fragmentów – orientalizujący „The Night”, lekko sentymentalny „Through the Lake” (fajny pomysł z wibrafonem), choć to podejście nie jest pozbawione całej baterii środków i rozwiązań porywających słuchacza w hipnotyczną podróż. Intrygujące jest to, w jaki sposób Gadecki i Kapsa unikają epatowania techniką (która w ich wydaniu jest oczywiście akademicka) – utwory budowane są w taki sposób by odwrócić uwagę od twórców w stronę tworzywa; niejednokrotnie łapałem się, wsłuchując w dźwięki, że to przecież żywe instrumenty i ich właściciele odpowiadają za te wszystkie schowane w tle smaczki. Ich odkrywanie jest fascynującą przygodą.

Rzecz jasna, płycie pojawia się trochę dodatkowych brzmień – i tych generowanych na bazie perkusji, ale i bas, wspomniany wibrafon czy delikatna elektronika, ale są na tyle dyskretne, że ich brak – np. podczas koncertu – nie wpłynie zasadniczo na odbiór muzyki. Pozostaje tylko jedno, dręczące pytanie – kto tu tak po prawdzie kogo uwodzi: czy to muzycy alternatywni kuszą środowisko jazzowe czy jest dokładnie na odwrót?

Arek Lerch

Zdjęcie: Magdalena Rosman