HEART&SOUL – Missing Link (2.47 Production/Warner)

Zaskoczenie jest. To pewne. Nikt się nie spodziewał hiszpańskiej inkwizycji jednym słowem. Heart&Soul powraca z nową płytą, która może zdziwić każdego, kto trzyma na półce poprzedni krążek – hołd dla Joy Division. Co nie znaczy, że to album gorszy. Jest… inny. Ciekawy, zaskakująco optymistyczny i przede  wszystkim – w fajny sposób nobilitujący krajowy pop.

Nie wiem czy było łatwo przeskoczyć do zupełnie w sumie innej działeczki. Heart&Soul pokochałem za propagowanie curtisowego mroku w bardzo fajny i na szczęście, niezbyt płaczliwy sposób. Kiedy usłyszałem o drugiej płycie, czekałem – czego nie ukrywam – na kolejną porcję wysublimowanego mroku i zaliczyłem chwilowe zawahanie, kiedy zetknąłem się z tymi nagraniami. Nie ma dołu, nie ma ciężkich chmur. Jest optymistyczna, choć nadal klimatyczna mieszanka, gdzie w bardzo fajny sposób udało się zmiksować pop, lekką alternatywę z malutkim sentymentem w stronę starego i dobrego trip-hopu. Powstała w ten sposób mieszanka kolorowa, bardzo zróżnicowana, ale na swój sposób spójna i trzymająca do końca w napięciu. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że płytę zrealizowano w podobny co debiut sposób, czyli przy udziale zaproszonych wokalistów, którzy wprowadzili tu małe i odświeżające zamieszanie. Lista gości imponująca – Łukasz Lach z L.Stadt, nieco zapomniana ostatnio Patti Yang, Hania Malarowska z Hanimal czy Bela Komoszyńska (Sorry Boys). No i oczywiście animatorzy – niezmordowany Bodek Pezda i Sławomir Leniart. Kiedyś industrial i ciężkie doły, dzisiaj coś zupełnie innego. Ale trzeba przyznać, że dłubanie w elektronice i flirt z maszynami przydały się jak najbardziej.

Muzyka na „Missing Link” ma bardzo różne odcienie. Dużo w tym trip-hopu, choć moim zdaniem lepiej pasowałoby tu określenie – trip-pop, ze względu na przesunięcie środka ciężkości z dusznych, niemal narkotycznych fraz na rozrywkowy aspekt. Z drugiej strony, pewna monotonia trip-hopowych nagrań nie do końca pasuje do tych rozedrganych, dość optymistycznych struktur. Jeśli już szukać dusznego klimatu, to znaleźć go można w kończącej płytę, ciężkiej kompozycji „Wounded Healer”. Tu faktycznie znajdziemy ów mrok a Patti Yang postarała się odpowiednio odcisnąć na  muzyce swoje piętno. Na drugim biegunie ustawiają się popowy „Clear Your Mind” i nieco indie rockowy „Lisbon”, świetnie zinterpretowane przez wokalistę L.Stadt. Dwa numery, które z kolei mnie bardzo przypadły do gustu to „Porcelain”, w którym Bela Komoszyńska brzmi niczym trip – hopowa Kate Bush i „Sun&Gun”, który mógłby znaleźć się w repertuarze późnego Editors. Do tego należy dodać świetną produkcję i fajne instrumentacje. Niby jest syntetycznie, ale naturalnie. Niby dużo samplingu i studyjnej obróbki, ale z przestrzenią i dbałością o detale, których jest tu całkiem sporo. Jednocześnie, jako całość jest to ukłon w stronę produkcji kojarzonych z 4AD i fani takiej eterycznej, rozmarzonej muzyki na pewne znajdą tu coś dla siebie.

Niby nic nowego, ale jest to jednak nowa jakość na naszej scenie, szczególnie w kontekście tego, co oferują nam komercyjne rozgłośnie. Muzyka rozrywkowa niekoniecznie musi być głupia; jeśli pop to tylko Heart&Soul.

Arek Lerch

Pięć