HASE – Nagrania Transowe (Takie Rzeczy)

Kiedy Hase nagrywał w zeszłym roku „Basement Disco” z Kękę, wydawało się, że jego kolejna duża płyta dopełni formalnego rytuału przejścia do rapowej ekstraklasy. Dzisiaj perspektywa jest nieco inna, i to bynajmniej nie dlatego, że „Nagrania Transowe” zawiodły oczekiwania. Przeciwnie – to chyba najlepszy krążek radomianina dotychczas. Po prostu coraz mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że to taki rap skazany na bycie niszą. Przy całej swej agresji raczej introwertyczny i wycofany, kładący wyraźny nacisk na treść, nie wszystko, co wokół niej.

Całe to „nieprzystosowanie” Hase widać w klipie do „Nie wierzę”, gdzie anemiczne i nieprzekonywające ruchy rąk kontrastowo zderzają się z charyzmą i pewnością siebie Kękiego. Podobnie było podczas promujących wspólną ep-kę koncertów, które młodszy z raperów spędzał, stojąc gdzieś na uboczu sceny, wpatrzony we własne buty. Wydaje się, że aspekt wizualny rapu mógłby dla niego nie istnieć. Społeczeństwo obrazkowe takich grzechów nie wybacza, skazując na ostracyzm i niszowość. W całej rap-grze pierwsze skrzypce grają dzisiaj efektowne teledyski i rozbuchane koncerty, spychające instytucję płyty długogrającej na dalszy plan, w rolę pretekstu dla dalszych działań. W przypadku „Nagrań Transowych” jest zupełnie odwrotnie, bo ta płyta jest zarówno punktem wyjścia, jak i celem. Całym kontekstem i wszystkim, co w danym momencie artysta chciał powiedzieć – nie jakąś tego częścią.Hase

Sam tytuł dość jasno wskazuje na eksperymentalny charakter płyty, co jest o tyle interesujące, że w większości przypadków nagrania stanowiące takie pomosty pomiędzy jednym, a drugim poziomem rozpoznawalności, są ugruntowaniem dotychczasowego stylu muzyka, może trochę umiejętniej wyegzekwowanym, ubranym w lepszą produkcję, ale wciąż – raczej nadbudowywaniem starszych pomysłów, niż szukaniem na siłę rewolucji. Tutaj tymczasem, przynajmniej w warstwie muzycznej, zmiana jest dosyć wyraźna. Jasne, Hase nigdy nie operował na trzeszczących, archaicznych bitach, ale na „Nagraniach…” posuwa się w swojej ciekawości brzmienia krok dalej, mierząc się z momentami z typowo nowoczesnymi formami i wychodząc z tych potyczek bez szwanku. Przede wszystkim Hase fenomenalnie „czyta” bit; wie, kiedy stonować nastrój i trochę odpuścić, a kiedy przyspieszyć, nadać numerowi większego dramatyzmu i napięcia. Dzięki temu na długości całej płyty tworzy się mnóstwo „momentów”, do których coś każe raz po raz wracać. Tą płytą, ale nie tylko, maluje obraz rapera jako archetypicznego, zwykłego i szarego człowieka, pełnego jednocześnie trafnych spostrzeżeń i takiego inteligentnego wkurwienia. Archetyp ten jest dziś, rzecz jasna, martwy, o czym wspomniałem wcześniej, dlatego też Hase jawi się na rodzimej scenie postacią raczej wyobcowaną. Ludzi o podobnym podejściu pewnie jest w podziemiu całkiem wielu, ale nikt nie łączy tej „zwyczajności” z równie wysokim poziomem wykonawczym. Mam tylko wrażenie, że czasem przeszkadza mu instytucja refrenu – zaśpiewy w „Dyszkę” czy „Najlepszego” brzmią trochę niepewnie i łamliwie. Śmiem twierdzić, że jeżeli dołoży do swojego warsztatu odrobinę melodii, będzie raperem kompletnym. A już teraz jest świetnie, bo w mojej ocenie „Nagrania Transowe” powinny znaleźć miejsce w tegorocznym top 3 płyt z polskim rapem.

Adam Gościniak

Pięć i pół