HARAKIRI FOR THE SKY – Arson (AOP Records)

Jakiś czas temu, rozmawiając z kumplem o ostatnim albumie The Great Old Ones, doszliśmy do wniosku, że w dużym uproszczeniu black metal można podzielić na „brzydki” i „ładny”. Podział ten jest oczywiście dość umowny, a granice bardzo elastyczne, niemniej trudno mu odmówić pewnej logiki. No tak, ale o ile tego typu dywagacje mają sens w przypadku gadki o The Great Old Ones, tak w odniesieniu do Harakiri For The Sky wydają się kompletnie bezcelowe… Bo o jakim black metalu my tu w ogóle możemy mówić?

Często używany w przypadku Austriaków termin „blackgaze” zdaje się nie do końca – a wręcz wcale – faktycznie odzwierciedlać to, co z czym mamy do czynienia na „Arson”. Prawdę mówiąc, już w odniesieniu do poprzedniej „III: Trauma” tego typu określenia nie miały za bardzo uzasadnienia… Post-black? To już prędzej, ale na ten moment twórczość Harakiri For The Sky jest już tak oddalona od black metalu, że i ta szufladka może być cokolwiek myląca. Przyznaję, pewne echa pobrzmiewają zwłaszcza w partiach gitar, ale wbrew pozorom nie są to też wcale szczególnie bliskie skojarzenia. „Arson” to po prostu nowoczesny metal – bardzo dobrze zaaranżowany i świetnie brzmiący. Można powiedzieć, że czwarty album Harakiri For The Sky jest wręcz produktem idealnie skrojonym pod gusta bardziej romantycznych kuców. Powiedziałem „produktem”? To dobrze powiedziałem.

„Arson” brzmi niemal perfekcyjnie, ale brakuje temu albumowi duszy. Wszystko wydaje się zbyt idealne, zbyt sterylne i zbyt ładne. Gitary – owszem, ciężkie – pozbawione są jednak zębów, nie mówiąc już o tym, że są po prostu zbyt czyste. Pojawiające się w tle partie klawiszy dodatkowo wygładzają i łagodzą brzmienie. Mimo to paru rzeczy nie można Harakiri For The Sky odmówić. Pomimo faktu, że większość utworów oscyluje w granicach dziewięciu-dziesięciu minut, są to kompozycje wystarczająco chwytliwe i na swój sposób nawet przebojowe. Pomimo faktu, że sound albumu zupełnie mi nie leży, docenić trzeba sporą intensywność, a przede wszystkim rzadko spotykaną, zaangażowaną ekspresję wokalną J.J. Również poszczególne riffy są czasem najzwyczajniej w świecie fajnie – nieważne, czy są to monumentalne i podniosłe partie z „Heroin Waltz” (swoją drogą chyba najlepszego utworu na płycie), czy też szybsze i bardziej zadziorne riffowanie z „Fire, Walk With Me”. To właśnie te cechy sprawiają, że nawet jeśli nie bardzo wierzę tym gościom, to potrafię w słuchaniu „Arson” odnaleźć pewną przyjemność.HFTS

Czwarty krążek Harakiri For The Sky ma wszystkie niezbędne cechy, by odnieść pewien sukces – oczywiście na skalę sceny metalowej. Doskonale słychać, że duet jest w pełni świadomy tego, co chce osiągnąć, o czym świadczy przede wszystkim niemal perfekcjonistyczne podejście. Głównym problemem jest jednak to, że „Arson” to materiał zbyt ładny i grzeczny, pozbawiony choćby znamion wyraźniejszej agresji i bardziej wyrazistych emocji. Gdyby Austriacy potrafili swoje hm… nieco przygłupie liryki opakować w bardziej autentyczną emocjonalną szatę, byłbym skłonny to kupić z całym bogactwem inwentarza. Niestety, „Arson” widzę, jak już wspomniałem, jako zwykły produkt. Efektowny, czaderski i fajny – ale jednak produkt.

Michał Fryga

Trzy i pół