HAPPYSAD – Jakby nie było jutra (Mystic)

Jak długo będzie istniał happysad, tak długo pokutować będą ludzie, dla których zespół ten pozostanie zwykłym, ogniskowo – harcerskim badziewiem. Nawet, kiedy nagra płytę death metalową. Oczywiście, to żart, jednak za sprawą nowego krążka grupa odcina się od przeszłości, grając… jakby nie było jutra. Kto wie, może faktycznie nie będzie. Nie ma ogniska, jest zepsuty neon w mieście a harcerza zastąpił brodaty, wychudzony hipster.

Zastanawiałem się, na ile szczera jest nowa muzyka happysad a na ile to odpowiedź, mająca zamknąć gęby malkontentom. Zakładam, że zespół na tym etapie gra dla siebie i robi dokładnie to co chce, nie walcząc z wiatrakami. Bo faktycznie – może poza częścią tekstów – trudno znaleźć tu dawny happysad. Radykalne podejście do własnej twórczości i odważna kolaboracja z producentem Marcinem Borsem zrobiły swoje. Ponoć finał był dość dramatyczny, ale udało się i zmiany słychać na każdym kroku.

Może zacznijmy od produkcji, czyli wspomnianego pana Marcina. Tak, wiem, zdarzało mi się czasami zakpić z gloryfikowania jego podejścia do zespołów, trzeba jednak przyznać, że nietuzinkowe traktowanie materiału dostarczanego mu przez muzyków, przynosiło niejeden raz zaskakujące efekty. Wprawdzie to, co zrobił z Hey na poziomie „Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!” nadal jest poza zasięgiem mojej percepcji (może jestem głuchy a może po prostu złośliwy…), jednak w przypadku „Jakby nie było jutra” udało się uniknąć zbyt radykalnych posunięć i producent z zespołem – mniej lub bardziej świadomie – spotkali się idealnie połowie drogi. Rękę Borsa jaskrawo słychać w zasadzie tylko w „Ciała detale”, który brzmi trochę jak poskładany z fragmentów taśmy. No i ten charakterystyczny, syntetyczny bit… Zatem, zamiast całkowitego przebudowania happysadowej muzyki, mamy do czynienia ze smakowitym i bardzo logicznym dopieszczeniem i uwypukleniem tych elementów, które być może w innym przypadku mogłyby zostać zwyczajnie pominięte.happy band f. Greg Klukowski

Przede wszystkim – niemal całkowita rezygnacja z przebojowości. W zasadzie jedynie „Trzynaście” spełnia normy stadionowego hitu, kierując jednocześnie twórczość happysad w stronę Placebo czy 30 Sekund do jakiejś planety. Może jeszcze „Są momenty takie”, który na bank będzie pojawiał się na koncertach i co rusz kłania się Myslovitz. Dużo na płycie wyciszenia i medytacji. O ile wcześniej ten zespół kojarzył mi się z takim smuteczkiem i gitarką, teraz jest mocny krok w stronę mroku i mało studenckiej depresji. Symbolizują to kompozycje, które zamiast zwrotkowo – refrenowego schematu lecą sobie transowo gdzieś w nieznane. Taka jest „Lista życzeń” a jeszcze bardziej „Do szczęścia”, w którym instrumenty dęte nieodmiennie kojarzyć mi się będą z klimatem British Sea Power. Choć nie samym smutkiem happysad żyje. Zaskakujący jest np. „Tańczymy”, z świetnym bitem i wyraźnym nawiązaniem do dance punka. Fajnie hałasuje indie rockowy „MBTV”, w którym warto zwrócić uwagę na znakomite, rozchełstane partie gitarowe, jest wreszcie mała próbka dubu w „~”. Próżno za to szukać dawnej, ogniskowej siermięgi i harcerskich piosenek. Happysad zostawił za sobą wszystko, co mogło się źle kojarzyć i odważnie nakreślił nową strategię. Nawet jeśli to jednorazowy eksperyment, to na tyle wyważony i odważny, że stawia zespół w zupełnie innym świetle. Choć za sprawą charakterystycznych harmonii trudno będzie pomylić ich z kimkolwiek innym.

Z innej strony – zastanawiam się, czy tym ryzykownym skądinąd posunięciem happysad nie strzelił sobie w stopę, bo przeciwników nadal będzie mu trudno przekonać (bo mimo wszystko, słychać, kto gra…), zaś fani dotychczasowego oblicza mogą zmian nie zaakceptować. Choć aktywność koncertowa przekonuje, że do ostracyzmu jeszcze daleka droga. Kolejny, odważny krok poczyniony, ciekawe co będzie dalej.

Arek Lerch

Zdjęcie: Greg Klukowski

Pięć