HAPPYSAD – Ciało obce (Mystic)

Dokonałem śmiesznego spostrzeżenia. Happysad ciągle się zmienia i próbuje być szczęśliwy, a ludzie wokół nie zmieniają się wcale. Dlatego mamy kuriozalną sytuację: czołowy – były – przedstawiciel rocka harcerskiego nagrywa ambitną, alternatywną płytę, ale nadal nie potrafi – przynajmniej z perspektywy części audytorium zmyć łatki klezmera. To oczywiście teoretyzowanie, bo sam zespół nie ma z tym problemu, jednak, niestety, dowcip o inżynierze budującym mosty nadal jest na czasie.

Happysad rozpoczął zmiany gdzieś na poziomie „Ciepło/zimno”, eksperymentował z pomocą Marcina Borsa na „Jakby nie było jutra” i wreszcie doszedł do momentu, kiedy sam, odważnie łamie swoje piosenki. Jasne, pozostał charakterystyczny feeling ich muzyki, maniera wokalna, którą można lubić albo nie, ale sposób komponowania i podejście do aranżacji na nowej płycie w wielu miejscach zaskakują. Z jednej strony mamy więc elementy, które od razu wskazują na artystę – może w jakimś sensie go stygmatyzują – ale jednocześnie muzycy potrafią w najmniej oczekiwanym momencie coś „zepsuć”, zmienić kierunek, skręcić w nieoczekiwany zaułek. I nowa płyta taka właśnie jest. Firmowy smutek stał się jakby bardziej ironiczny, wieje z tych nagrań jakimś sarkazmem i to dodaje w pierwszej kolejności specyficznego smaczku tej płycie. Sam miałem problem i choć dzisiaj jestem z nią już zakumplowany, to z niejaką trudnością przychodzi mi opisywanie nowej muzyki. Spróbujmy zatem…happysad_fot. Przemek_Bednarczyk_051BDR_3978

Po pierwsze, tym razem zespół postawił na niejednoznaczną melodykę, do której trzeba się przyzwyczaić. Muzyka jest  duszna, napięta, jakby przyjazny dotychczas twór nagle odwrócił się do nas plecami. Zmieniły się też wokale i same teksty, które chyba udało się pozbawić dramatyzmu. Są bardziej oszczędne, przez co zyskujemy dużo szerszą perspektywę do interpretacji. Tu właśnie zaczyna się dwuznaczność tego materiału. Jest „Dłoń”, która tanecznym, wyrwanym nowofalowych czasów pulsem skłoni do pląsów, jednocześnie oferując dość mocny  i raczej mało wesoły tekst (można nawet interpretować to jako przygotowania do samobójstwa). Dużo tu zimna, brudu („XXM”), firmowy indie rock także jakiś poważny („Nadzy na mróz”), pojawia się także modny trans, który chyba najlepiej rezonuje w „Długu”. Do tego dochodzą eksperymenty z aranżacjami, niestandardowe łączenie tematów (zaskakujące jak np. w „Medellin”), ogólna zabawa dźwiękiem, rozkładanie piosenek, potrząsanie i budowanie własnego wizerunku. Na pewno nie jest to łatwa do przyswojenia płyta, ale kto powiedział, że dzieła ambitne muszą być lekkostrawne? Łatwo to już było.

Napisałem przy okazji poprzednich płyt, że Happysad dojrzał. Co mam napisać teraz? Sam nie wiem, może to, że owa dojrzałość nabrała nowego, ciemniejszego (obcego?) odcienia? Spróbujcie, nawet jeśli wokół ciągle gadają te same bzdury.

Arek Lerch

Zdjęcie: Przemek Bednarczyk

Pięć