HAPPY PILLS – Happy Pills (Gusstaff Records)

Całkiem niedawno przypomniałem płytę Lo-Fi a tu proszę, jest nowość od tej sprawdzonej i sympatycznej ekipy. Znaczy – nie odpuszczają, i choć ich aktywność jest raczej dość ograniczona, nadal trzymają poziom. Potrafią też zaskakiwać, bo sporym atutem nowej ep-ki jest pomysł. Całkiem prosty zresztą – zespół nagrał kilka cudzych kompozycji, których wspólnym mianownikiem był tytuł – „Happy Pills”.

I to tyle zaskoczeń, bo muzycznie materiał brzmi niczym autorskie, dream popowo- indie rockowe, rozmarzone piosenki. Świetnie zagrane i jeszcze lepiej zaśpiewane. Oczywiście, grupa wybrała numery, które pasowały do jej stylu, w efekcie nie spodziewajmy się raczej zaskoczeń, gwałtownych wolt stylistycznych, które mogą wprawić słuchacza w konsternację. Lubicie „Smile” czy „Lo-Fi”? Polubicie i „Happy Pills”. Jeśli już szukać czegoś nowego, to od pierwszych dźwięków czuć dojrzałość i własny, okrzepły po latach bojów charakter muzyków. Czyli spokojne, doskonale osadzone i pulsujące podskórnym światłem piosenki, ujawniające chyba najbardziej melodyjne oblicze Pigułek.HP_foto_by_Mateusz_Motyczynski

Impulsem do stworzenia tej ep-ki był kawałek o wiadomym tytule, skomponowany przez soulową pieśniarkę Norah Jones. I to chyba jedyna, szerzej znana artystka w tym zestawie. Dodajmy, że interpretacja Happy Pills jest świetna – doskonale wyważona, chwytliwa, z lepiącą się do serca melodią. Zdecydowanie najlepsze otwarcie, choć też jedyny, nie-pillsowy kawałek na płytce. Reszta to już typowy indie-lot, choć wykonawcy, wyłonieni przez zespół do skowerowania są delikatnie rzecz ujmując, mało znani. Z drugiej strony, może jest to atutem, bo nikt nie będzie na siłę próbował porównywać wersji naszych bohaterów z oryginałami. Całość jest… happypillsowa w każdym wymiarze. Szczególnie kower zespołu Chikita Violenta brzmi jak zapomniane dzieło ze „Smile” czy „Retrosexual”. Pozytywna energia, świetne melodie i bezpretensjonalne wykonanie. Duży plus. Happy Pills od siebie dodają typową dla swojego stylu, lekką i smakowitą gitarową zgrzytliwość, choć paradoksalnie, najlepiej brzmi ona w tych spokojniejszych momentach. Może dlatego najmniej przekonuje kower Pistol Youth, wyraźnie stylizowany na garażowego rocka. Rewelacyjna jest za to interpretacja utworu zespołu Woodpile, łącząca wściekłe, chaotyczne uderzenie z klimatycznymi, niemal jazzowo potraktowanymi zwrotkami. Fajnie wypada też wersja piosenki Sandy Wright, tu nabierająca niemal nowofalowo-punkowej ekspresji. Happy Pills za sprawą tych sześciu utworów dali nam mały przegląd własnych możliwości i fajnie rozpiętych inspiracji, dobrze pasujących do współczesnej sceny alternatywnego rocka i okolic.

Płytkę najlepiej konsumować w całości, bo kiedy wszystkie smaki, zastosowane przez zespół, mieszają się ze sobą, wychodzi przyjemny, pozytywny, indie rockowy koktajl. Lata doświadczeń spowodowały, że trudno szukać w warsztacie zespołu luk, same kawałki okazały się wdzięcznym materiałem, który pozwolił Happy Pills ponownie zabłysnąć. Czy dzięki płytce zespół ma szansę wzbić się na komercyjny parnas? Może tak, choć ze zdziwieniem zauważam, że właśnie taki, nieco partyzancki sposób działania i życie bez spiny dodają Happy Pills smaku. Przystawka była, czekamy na obiad.

Arek Lerch

Zdjęcie: Mateusz Motyczyński

Pięć