HANK VON HELL – Egomania (Century Media)

Odszedł z Turbonegro, z pomocą scjentologów rzucił narkotyki, zagrał w filmie o szwedzkim piosenkarzu Corelisie Vreeswijku, był jurorem w norweskiej edycji idola, wydał płytę ze swoją nową grupą Doctor Midnight & The Mercy Cult oraz razem z Harvardem Remem napisał swoją autobiografię. Cóż – intensywne było życie Hanka w ostatnich latach.  Żeby tego było mało – na dniach premierę ma jego solowy album, i to właśnie o nim porozmawialiśmy z kolegą Adamem.

Adam: Kwestia, którą moglibyśmy rozstrzygnąć gdzieś później, ale to też dobry punkt zaczepienia – „Egomania” czy „Rock’N’Roll Machine”?

Paweł: Osobiście wolę tę drugą pozycję – podoba mi się jej glamowy sznyt, a hity jakoś bardziej wpadają w ucho. W „Egomanii” trochę denerwuje mnie to, że ten krążek w zasadzie mógłby zostać wydany jako kolejna płyta Turbonegro. Wolę raczej kiedy na solowych albumach muzycy próbują czegoś nowego.

Adam: To prawda, że solowy debiut Hanka bardziej przypomina Turbonegro, niż ostatnie Turbonegro. Dla mnie to nie wada – i nie mówię nawet o jakimś „wypełnianiu luki”, bo przecież Norwegowie zawsze mogą odstawić glamową otoczkę w kąt i wrócić do rock’n’rolla, a o tym, że w takiej stylistyce von Helvete jest po prostu u siebie. Nie ma na „Egomanii” większych zaskoczeń, bo gdybym miał zobrazować w swojej wyobraźni solowy krążek Hanka, brzmiałby co do joty jak ta płyta. To jednak bardzo szczery, prawdziwy, a, przede wszystkim, dobrze zrealizowany rock’n’roll. Jeśli chodzi o samą klasę porównywanych płyt, postawiłbym je na jednej półce – pozycji takich, które mogą dać słuchaczowi naprawdę sporo satysfakcji, a jednak pozostawiają z apetytem na więcej.Hank

Paweł: Poprawny krążek. Pójście w takim kierunku, tzn. rock’n’rollowym, było bardzo bezpieczne, ale też wykluczało jakiś większy sukces. Jak już wspomniałeś – Hank czuje się w takiej stylistyce bardzo dobrze, ma tego typu numery we krwi, czyli w zasadzie nie był w stanie tego zepsuć. Z drugiej jednak strony – brak elementu zaskoczenia, który mógłby sprawić, że płytą zainteresowałoby się więcej ludzi i muzyczne portale oraz magazyny…

Adam: Ja jednak nie wyobrażam go sobie w innej stylistyce. Tzn. w jakimś pojedynczym numerze – jasne, ale na dystansie całej płyty absolutnie nie. Co do poprawności „Egomanii”, jestem w stanie się zgodzić, tyle, że na poletku, które możemy roboczo nazwać hiciarskim rock’n’rollem, nikt od nikogo nie oczekuje wymyślania koło na nowo. Tym, co odróżnia mistrza od rzemieślnika, nie jest tutaj – mam wrażenie – sama muzyka, a jakieś ukryte w niej podskórnie luz i charyzma. Ta scena potrzebuje osobistości, po prostu. I von Helvete taką osobistością jest, nawet, jeżeli pod skrzydłami dużego labelu musi wypaść w kwestii kontrowersji jako swoja nieco ugrzeczniona wersja.

Paweł: Wiadomo – Hankowi charyzmy i luzu odmówić nie można. Nawet jeżeli jego muzyka jakoś specjalnie się nie wyróżnia, to on sam już tak. Tylko teraz pozostaje pytanie, czy to wystarczy, żeby ktokolwiek, poza ultra fanami Turbonegro, o tym krążku za parę miesięcy pamiętał.

Adam: Mimo wszystko, mam wrażenie, że singiel „Bum To Bum” i zapowiedzi tego krążka odbiły się na scenie dość szerokim echem. Inna sprawa, jak wspomniałeś, co z tego echa pozostanie. Chociaż patrzę na „Egomanię” przychylnym okiem, muszę zgodzić się z tym, że nie ma w tym materiale niczego specjalnego. Po prostu dobrze napisany rock’n’roll z kilkoma przebłyskami. Dla mnie wystarczająco, ale by ludzie pamiętali pod koniec roku… chyba zbyt mało.

Paweł: Wiesz, nastały takie czasy, że aby wybić się z oceanu muzyki zalewającego serwisy streamingowe, media społecznościowe i sklepowe półki (chociaż to ostatnie chyba najmniej istotne) trzeba nagrać coś naprawdę wyrazistego i wyróżniającego się. „Egomania” to po prostu bardzo przyjemny krążek, którego posłuchasz w piątek, a w niedzielę już o nim nie będziesz pamiętał. Z drugiej strony – może po trochu o to Hankowi chodziło, może chciał stworzyć taką właśnie lekką, niezajmującą muzyką do zapuszczenia przy weekendowym relaksie.

Adam: Pełna zgoda. Ale nawet w materiale, który jako całość wyrazisty nie jest, można znaleźć wyraziste momenty. Dla mnie takimi są choćby „Pretty Decent Exposure”, fantastyczny, kroczący ciężko „Blood” czy bodaj największy hit tej płyty, czyli „Bombwalk Chic”. Jakie są twoje odczucia?

Paweł: Jest kilka hitów. Moim zdaniem największym jest „Blood”, totalnie sobie wyobrażam ten numer jako soundtrack do jakiejś hollywoodzkiej superprodukcji z serii „zabili go i uciekł”. Nie słucham radia, ale mam nadzieję, że w „rockowych” stacjach ten numer leci w kółko – szczególnie, że został wydany jako singiel. Wspomniany przez Ciebie „Pretty Decent Exposure” to również świetny numer. Ja wymieniłbym jeszcze otwieracz – kojarzy mi się z The Hellacopters, a ja The Hellacopters bardzo lubię.Hank 2

Adam: Swoją drogą, Hank też wpisuje się w schemat „zabili go i uciekł”. Co by o tej płycie nie mówić, mnie, prostego konsumenta rock’n’rolla, powrót von Helvete zwyczajnie cieszy. Jeszcze bardziej cieszy to, że – przy wszystkich niedoskonałościach „Egomanii” – ta płyta nie brzmi, jak muzyczna osobistość i kilku grajków-giermków na drugim planie, na co mógłby wskazywać skład personalny nowego zespołu Hanka. Oczywiście, to wszystko musi się jeszcze dotrzeć, ten skład ma do wygrania własną tożsamość, ale już jest poprawnie, bo charyzma wokalisty nie góruje tu nad resztą w sposób karykaturalny.

Paweł: No to na zakończenie, podsumowując – bo jeszcze na to pytanie nie odpowiedziałeś: „Egomania” czy „Rock’n’Roll Machine”?

Adam: Niech będzie, że „Rock’N’Roll Machine”, bo przekonałem się na OFFie, jakie ten materiał czyni spustoszenie na żywo. To dodaje wiarygodności. „Egomania” na koncertowy test dopiero oczekuje.

Rozmawiali Adam Gościniak i Paweł Drabarek