GUZIOR – Evil Things (QueQuality)

Kiedy nawet uważni obserwatorzy rodzimej sceny jak jeden mąż powtarzają, że już dawno nikt nie pojawił się na niej z tak mocnym zestawem singli, jak Guzior przy okazji „Evil Things”, można przewidywać, że nie będzie to płyta jedna z wielu. I nie jest. Na leniwych, mocno osadzonych podkładach Mateusz snuje swoją opowieść; może niezbyt wiele w niej słów, ba – momentami wypluwa je jakby od niechcenia. Tworzy eteryczne, senne, pełne charakterystycznego klimatu piosenki, którym nie można jednocześnie odmówić potencjału przebojowego. Rozmawiamy o jednej z najlepszych rapowych premier tego roku.

A: Zacznę od zasadniczego pytania – co sprawiło, że ostatecznie przekonałeś się do „Evil Things”? Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy w rozmowie wspomniałem o takim graczu, jak Guzior, stwierdziłeś, że owszem, jest to w porządku, ale zdecydowanie za dużo Autotune’a i generalnie dosyć dziwna stylówka. (śmiech)

G: No bo tak jest. Nie będę ukrywał, że w cloud rapie czy podobnym gatunku to właśnie drażni mnie najbardziej. Jeżeli jednak jestem w stanie przełknąć niekończące się śpiewanie Quebo, to łyknę nawijki Matiego. Nie ukrywajmy – bez „wspomagaczy” nie trafia w żadną skalę, a stara się jak może. (śmiech) Odpowiadając bezpośrednio, to podoba mi się młodzieńczy charakter tej płyty, sporo nawiązań do nostalgii lat 90., a poza tym chłopak nagrał kilka na tyle zajebistych wersów, by chcieć spotkać się z nim na koncercie.

A: Miałem poruszyć kwestię tej skali, o której wspominasz. Szczerze mówiąc, nie widzę w tych wspomagaczach niczego złego. Dla mnie to bardziej narzędzia niezbędne do wykreowania specyficznego, sennego i rozmarzonego klimatu, nie podpory wokalnych niedoróbek. To znaczy: nie wykluczam, że tak właśnie jest, ale z drugiej strony przemknęła mi przez głowę myśl „co z tego, że nie umie śpiewać, skoro nagrywa takie płyty”. Tak naprawdę tylko to jest istotne. Co natomiast tak mocno urzekło cię w jego wersach?Guzior

G: Chyba coś, o czym dzisiaj się zapomina. Prostota, trafność obserwacji, może nawet na swój sposób chamski charakter jego nawijek. O ile, odnośnie ostatniego punktu, nietrudno być złym chłopcem i obrażać cały świat dokoła, tak większość dzisiejszych gwiazd polskiej sceny nie przekonuje mnie ani flow, ani treścią. Oczywiście, Guzior to nie Eldoka i nie składa inteligentnych łamańców, bo to nie ta stylistyka. Najważniejsze to przekonać się do samej konwencji, reszta przyjdzie sama. Skoro Syny mają swoich kuc odbiorców, Guzior trafi do… punków jeżdżących na desce do „WIFI”. Albo nie…

A: Tutaj zgadzam się w stu procentach. Generalnie jest w tych piosenkach jakaś niewinność i zagubienie, które – mam wrażenie – idealnie odzwierciedlają stan ducha wielu dzisiejszych dwudziestoparulatków. Chamskie? Jeżeli znaczy to, że do bólu proste i nieprzekombinowane – jasne. I wiadomo, że próżno tu szukać nie wiadomo jakich treści, bo na „Evil Things” prym wiodą emocje. Albo cię to poruszy, albo nie, proste. Dlatego też mam wrażenie, że to zdecydowanie nie jest rap dla starych ludzi. Wiele tutaj dobrze napisanych piosenek, ale żeby zostać z nimi na dłużej, potrzeba czegoś więcej. Jakiegoś utożsamienia.

G: Dobrze, że poruszyłeś kwestię wieku, bo tak, jak w przypadku wspomnianego Quebo, nieszczęsnego Taconafide, czy tego, co robią ludzie pokroju Otsochodzi, trzeba zrozumieć, jak wyglądają obecnie relacje międzyludzkie młodego pokolenia. Jak postęp technologiczny i hedonizm zastąpiły elementarne wartości i jak szybko moda, blichtr i pogoń za fejmem wyparły te „inteligentne” treści. Rap pełni rolę czysto rozrywkową. Ma być rozpierdol i tyle.

A: No dobrze, ale czy ty w tym momencie zrównujesz Guziora z wyżej wymienionymi? Ja miałem na myśli przede wszystkim to, że Mati – i wyczuwam tu mocne analogie z ubiegłorocznym „Antihype” od Sariusa – wiekowo zbliża się do 30-tki, jednocześnie przekazując emocje bliższe raczej tym nastoletnim. Jest to momentami naiwne, ale właśnie w tej naiwności przekonujące. Nie porównywałbym natomiast Guziora do Quebo: jasne, singlami nabił spore liczby, ale te piosenki nie są produktem zorientowanym na wyświetlenia i sprzedaż. Taki potencjał przejawiają, bo to wszystko naprawdę dobrze buja, ale to nie jest płyta, która mogłaby zostać tygodniowym hitem, a następnie stoczyć się w zupełne zapomnienia. Mam wrażenie, że z wieloma ludźmi zostanie na dłużej.

G: Powiem tak, Guzior trafia w pewną – choć tylko teoretycznie – niszę. Bo to wciąż stosunkowo świeże rzeczy w naszym kraju, chociaż mocno pompowane przez środowiska pokroju Czeluści albo Soho Palace. Nie bez kozery bity na płycie mają taką, a nie inną, formę. Jest na to popyt. A czy Guzior świadomie czyta target i obniża tekstowo loty, by trafić do mniej doświadczonego życiowo odbiorcy? Wolę tłumaczyć to sobie innym tropem – tak jest łatwiej, przystępniej, a i nietrudno o zgrabne metafory.

A: Na pewno QueQuality zapewnia płycie odpowiedni rozgłos, i dobrze. Mimo wszystko – jakoś nie umiem sobie wyobrazić, by w najbliższej przyszłości Guzior miał przebić się do tego prawdziwego mainstreamu. Ustaliliśmy już, że od wypluwania kolejnych wersów w nieludzkich tempach są inni, podczas gdy Mati stawia na atmosferę. Stwarza to wrażenie prostoty graniczącej chwilami z banałem, ale ja przy tej redukcji środków dostrzegam sporo wydestylowanej treści. Jeżeli chodzi o autentyczność Guziora, ja te wersy biorę w ciemno, nie zastanawiając się nawet, czy nie jest to może jakaś wykoncypowana poza. Wierzę, że nie. Cytuję: „każdy wers to z mojego życia sampel/ dlatego nie zawsze brzmi jak banger”.

G: Również typa propsuję i biorę w ciemno. Jako, że polską scenę bardziej obserwuję, niż aktywnie śledzę, widzę w Guziorze jeden z kilku naprawdę potrzebnych elementów układanki. Mainstream przejęli inni, bardziej nośni i dobrze wyglądający gracze (szkoda, że nie ci dobrze nawijający). Z naszym rapem jest tak, że jaka by to nie była konwencja, należy docenić różnorodność i chęć robienia muzyki po swojemu. A kto i czy przyjebie komuś w jakimś beefie, albo z automatu, jak robi to Laikike1, to już sprawa drugorzędna.

A: A co najlepsze, on wciąż znajduje się na początku swojej drogi – „Evil Twin” to były takie pierwsze podrygi, bardzo jeszcze niedojrzałe, chociaż z zalążkami swoistego stylu. Dopiero tutaj natomiast mamy do czynienia ze spójną, utrzymaną na wysokim poziomie, płytą. I od razu jest to płyta, która ma niemałe szanse na znalezienie się w rapowych podsumowaniach tego roku. Ale jeszcze odnośnie tej spójności – natknąłem się w kilku miejscach na narzekania, że w ogólnym obrazie „Evil Things” to rzecz odrobinę zbyt monotonna. Co ty na to? Czy ten specyficzny styl może z czasem stać się przekleństwem?G

G: Nie wyobrażam sobie całej imprezy w takim klimacie, chociaż wybieram się na taką w sierpniu. (śmiech) Wiesz co, to raczej kwestia nastawienia. Skoro nie karmię się takim rapem na co dzień, łykam to jak młody pelikan, odpływając przy leniwie brzęczących hi-hatach i trochę kwadratowym flow. To odskocznia od wpierdolu, który towarzyszy mi przez większą część dnia, i to mi się podoba. Fajnie uciec w takie miejsca, przy okazji pokazując fuck off dla prawdziwków.

A: Masz jakieś osobiste highlighty? Ja nie umiem wskazać, zbyt wiele numerów z tej płyty mógłbym zapętlać właściwie bez końca. Mimo wszystko, w pamięci utkwił mi pewien wers z „WIFI”, konkretnie: „Orwell miał rację, stoję sobie z fajkiem jak Kordian na Mount Blanc w monologu na/ krawędzi bloku i pochylam się, może spadnę”. Mała improwizacja w blokowym stylu, trochę doniosłe wydały mi się te słowa.

G: Trafna uwaga, ale podchodzę do tej płyty mocno rozrywkowo. O ile wersy o kubocie (trafna pointa) czy relacjach damsko-męskich dobitnie do mnie przemawiają, tak kwestionowałbym życiowe doświadczenie Guziora w roli mentora. Lepiej wychodzi mu imprezowy storytelling, aniżeli górnolotne porównania. Swoją drogą, to, czy spadnie, a właściwie: czy podniesie się z tej otchłani, to jest taki temat przewodni płyty. A „WIFI” to hit, bez dwóch zdań.

A: Ja niekoniecznie rozrywkowo, bo chociaż może nie jest to wybitnie ciężki gatunkowo materiał, tak pół na pół – jak najbardziej. I buja, i umie wyciszyć. Widzisz, a moim zdaniem Guzior nie próbuje grać mentora; jest właśnie poszukiwaczem, trochę zagubionym, trochę naiwnym. I jest w tym autentyczny. No dobrze, na koniec możemy pogdybać, co dla Guziora przyniesie czas.

G: Przyniesie kolejną dawkę życiowych doświadczeń, o których z miłą chęcią posłucham. Nie odmieni swojego oblicza jak Kękę, ani nie zostanie rozbójnikiem pokroju Rogala, ale może sprzedać całkiem ciekawe, niekoniecznie osiedlowe treści.

A: Będzie kolejny krok w stronę mainstreamu?

G: Chyba musi. Nie da się tego zatrzymać, a pieniądz sam się nie zarobi.

Rozmawiali Grzegorz Pindor i Adam Gościniak

Zdjęcia: archiwum/Adam Pietkiewicz Photography