GUANTANAMO PARTY PROGRAM – II (Chaos W Mojej Głowie)

„Kiedyś byłem zwykły żul, a teraz jestem sludge & cool”… Nie, nie tym razem. Nie będzie stękania na ogólną, kiepawą kondycję gatunku, na punkcie którego miałem fioła, kiedy jeszcze nie miał nazwy. Pal licho, że mumia takiego grania potknęła się o własne bandaże goniąc za potrzebą bycia wielką sztuką. Guantanamo Party Program nagrali świetny album, na tym się skupmy.

Parafrazując znowu powyższego klasyka – „weź z Neurosis trochę grozy, ostrą blazę zabierz Isis”… Nic z tego. Guantanamo Party Program wygrywa w tłumie bandcampowych wynalazków punktem wyjścia, którym jest hałas, brud i surowizna, omijająca postmetalowe melodyjne przynudzaje jak plany GDDiA omijają Olsztyn. Być może to kwestia wstępnych założeń, a może intuicji wynikającej z faktu, że zespół tworzą hardcore’owcy terminujący wcześniej w grindowych i noiserockowych składach, a nie żadni przefarbowani na artystów metalowcy. „II” ma oczywiście wiele wspólnego z Isis czy Cult of Luna, ale również z tytanami betonowego hałasu – Today Is The Day czy His Hero Is Gone. Mimo, że zespół potrafi wyważyć proporcje między intensywniejszymi momentami a chwilami wyciszenia, to rdzeniem pozostaje teutoński, kanciasty hałas, wyrastające z crustowych klimatów riffy i rewelacyjny matowy krzyk wokalisty, idealnie komponujący się z sinoszarym tłem muzycznym . Aż chciałoby się więcej takiej odstręczającej bezkompromisowości na „II”, po cichu liczę, że to będzie kierunek, który zespół obierze na kolejnych wydawnictwach. Jeśli czegoś mam się czepnąć, to tekstów, których poetyka kompletnie do mnie nie przemawia, kompletnie nie potrafię się przegryźć przez te ponure wizje donikąd. Ale tak już mam z tą poezją.

Ze wstydem przyznaję, że nie poświęcałem dotychczasowej twórczości Guantanamo Party Program jakiejś szczególnej uwagi. Na splicie z Echoes of Yul i Sun For Miles, mimo wysokiego poziomu całości, wydali mi się najmniej frapującym ogniwem, również i debiutancki album przyjąłem raczej ze zdystansowanym mruknięciem aprobaty niż ze spoconymi pachwinami. Kurtuazyjny odsłuch „II” okazał się nieoczekiwanie bardzo przyjemnym doświadczeniem, choć na wszelki wypadek zaopatrzyłem się w kubek kawy. Tymczasem zaliczam kolejny odsłuch albumu i nie mam ochoty zanucić znów na melodię przeboju z młodości, że „oto nasi muzykanci, plagiatorzy, przebierańcy”. Z przyzwoitej kapeli jakich wiele rośnie powoli konkretny moloch, już teraz jest klawo, zobaczymy jak będzie dalej.

Bartosz Cieślak

Cztery i pół