GRIZZLY BEAR – Painted Ruins (Sony)

Chyba czekałem z tą recenzją na rozpoczęcie jesieni, bo to idealna muzyka na deszczowy czas. Cały świat płacze z żalu za zakończonym latem, a ja siadam sobie w kąciku z kawą i delektuję się „Painted Ruins”. Ani nie jest to specjalnie przebojowe ani oryginalne, ale w swoim bardzo intymnym rozumieniu indie – folk-rockowej natury po prostu doskonałe.

Poprzednią płytą „Shields” Grizzly Bear ustawił poprzeczkę bardzo wysoko, a teraz, zamiast ją przeskakiwać, po prostu poszedł sobie  w inną stronę. Na ”Painted Ruins” podoba mi się przede wszystkim zamysł grupy, która zamiast próbować stworzyć kolejny raz parę przebojowych piosenek, postanowiła spojrzeć na sprawę szerzej i zbudować zamkniętą całość. Udało się – nowa płyta nie robi wrażenia poszczególnymi tematami, ale jako koncepcyjny, dopracowany produkt, który kupujemy w komplecie. I faktycznie, nie ma tu jakichś szczególnie wybijających się utworów, za to, kiedy człowiek zacznie się zanurzać w muzykę, odkryje niesamowite bogactwo dźwięków. Każdy muzyk stworzył tu swoje partie życia. Świetne są gitary, rewelacyjnie poczyna sobie na bębnach Christopher. Złapałem się na tym, że zamiast delektować się całymi utworami, smakuję aranżacyjną stronę płyty, konstrukcje, pomysły na brzmienia i rytmy.band

I tu pojawia się zaskoczenie, bo w gruncie rzeczy to bardzo prosta muzyka. Barokowy przepych nie jest próbą dociążenia kompozycji, ale raczej umiejętnego dobrania środków wyrazu i bardzo stylowego, delikatnego podkolorowania tematów. Dlatego początkowo, podczas pierwszego kontaktu byłem lekko zdezorientowany, bo muzyka wydawała się być wręcz banalna. Trzeba było dać „Painted Ruins” trochę więcej czasu, ośmielić dźwięki, by weszły w głowę. Może właśnie na  tym polega talent Grizzly’s, że bez popadania w jakieś techniczne przegięcie, potrafią oddać całą paletę emocji, łącząc stylistyki, przechodząc od akustycznych plam do elektryki, nakładając psychodeliczny celofan na klarowne melodie. Nie do końca jestem w stanie określić, z czym mam do czynienia, bo wydaje się, że w przypadku tego zespołu indie rockowa formuła jest zbyt wąskim określeniem, spłycającym wielowymiarowość ich propozycji.

Jest to jednocześnie bardzo intymna muzyka, prowokująca wręcz do tego by – jak napisałem we wstępie – usiąść gdzieś w kącie i delektować się nią jak dobrą kawą, poznawać różne odcienie smakowe. A co najważniejsze – chce się do niej wracać. W sam raz wystarczy na jesień.

Arek Lerch

Pięć i pół