GRAVE UPHEAVAL – II (Nuclear War Now! Productions)

Gdyby uczłowieczanie Tytusa de Zoo przez umuzykalnienie miało być przeprowadzane za pomocą muzyki Grave Upheaval, ani chybi otrzymalibyśmy Antropophagusa, który rozłupałby czaszkę Romka i zjadł A’Tomkowi okulary razem z twarzą. Jeśli istnienie tego zespołu ma jakiś sens, z pewnością jest nim dobicie do granic ekstremy death metalu. To jeszcze granie, czy już sport?

Był kiedyś – niby jest do dziś, ale jakiś inny, jakiś taki grzeczniejszy – zespół Sublime Cadaveric Decomposition. Nie mieli tytułów płyt ani utworów, nie mieli nawet tekstów, ale generowali plwocinę zwierzęcego grind/death metalu, który nie oglądał się za siebie, nie zastanawiał nad sobą tylko parł do przodu. Grave Upheaval korzystają z podobnego pomysłu, otrząsając się z całej nadbudowy, pozostawiając sam klimat, hałas i wyzwanie rzucone odbiorcy. Ekstrema nie ma tu twarzy muzyki granej z prędkością światła, choć bywa szybko. Nie jest to też najwolniejszy album na świecie mimo, że czerpie i z nowojorskiego death metalu, i z funeral doomu, i z doświadczeń sceny drone’owej. Doświadczenia zdobyte w Impetuous Ritual, Portal i Temple Nightside zostają odfiltrowane z wszelkiej przyjazności, kompozytorskich prawideł, próby nawiązania dialogu z odbiorcą i zabiegania o jego uwagę. Jest atak, próba podważenia przyzwyczajeń i sięgnięcia poza granice death metalu rozjechanego efektami, utopionego w morzu pogłosów, gdzie produkcja gra momentami bardziej niż gitary. Nie do końca jest to coś, co pochwaliłby fan wirtuozerskich solówek i trioli na talerzach, ale czy w death metalu nie chodzi też o to, aby się przy nim czasem spocić?band

Zastanawianie się, czy Grave Upheaval to wciąż muzyka jest o tyle bez sensu, że dla 90% ludzi na świecie nie jest nią nawet Morbid Angel ani Slayer. Jeśli ktoś szuka metalu do słuchania rekreacyjnego, operującego w klasycznych, sprawdzonych rejonach, to rzeczywiście nie będzie muzyka dla niego. Nie ma w tym stwierdzeniu nic lekceważącego, po prostu nie każdy musi trawić takie horrory. Sam nie sięgam po nią codziennie, ale czuję, że kontakt z muzyką Grave Upheaval to doświadczenie bardziej wysiłkowe niż relaksacyjne, i bardzo to sobie cenię. Podoba mi się ta neandertalskość i że wciąż jest death metal, którego można się trochę, tak troszkę, odrobinkę… bać.

Bartosz Cieślak

Pięć i pół