GRAVE – Endless Procession Of Souls (Century Media)

Zapewne, kiedy wiele lat temu zaczynali swoje hałasy, muzycy szwedzkiego ansamblu w najśmielszych snach nie zakładali, że po dwudziestu czterech latach na scenie będą celebrować wydanie dziesiątego albumu. A jednak. Stało się. Pikanterii sprawie dodaje moim zdaniem fakt, że Grave to jeden z nielicznych zespołów, wiernych prawdziwej, starej szkole skandynawskiego death metalu, który poziomem muzyki sankcjonuje swoją obecność na scenie. W przeciwieństwie do dziesiątek innych, nawet bardziej popularnych formacji.

W ostatnich latach nasilił się u mnie starczy uwiąd mózgu, powodujący, że tak wielbiona przed laty muzyka „połamananawszystkiemożliwesposobyiawangardowasztuka” dzisiaj w wielu przypadkach (choć nie zawsze…) mnie drażni zbytnim rozmemłaniem (wszystkie post-post Death’owe formacje) albo udawaniem, że gówno ma smak mięty (ostatni Nachtmystium). Może nie jestem zbyt lotny i za późno odkryłem, że często jeden dobrze postawiony riff i rytm znaczy więcej niż instrumentalna gimnastyka? Cóż, jakkolwiek by na to nie patrzeć, podobają mi się i ostatni Master i dzieło panów z Visby. Dziesiąty album death metalowych dziadków (Ola – przepraszam, nie bij…) to rasowy, szczery i prosty kopniak, toporne, ale jakże miłe dla ucha brzmienie i zatęchły duch starych czasów. Grave mają jednak to do siebie, że nie próbują udawać, że nie potrafią grać – kiedy trzeba muzyka nosi znamiona dobrego aranżu i wykonania. Zresztą, na „Endless…” zespół popisał się kilkoma bardzo fajnymi kompozycjami, co szczególnie dotyczy wolniejszych fragmentów, których, na szczęście, na płycie jest bez liku. W tych miejscach Grave faktycznie dobrze spłaca dług swojej nazwy, wlokąc nasze flaki bo nierównym gruncie i zakopując w miękkiej glinie. Wszystko tu znakomicie współgra – wyraźny bas, jakby matowe, ponure riffy i wokalne rzygowiny. Zero zbędnego pieprzenia, zero tak lubianych przez metalowców onanistycznych zapędów w kwestii solówek, sam konkret. O ile poprzednie dwie płyty zespołu jakoś przeszły mi gdzieś obok uszu, tak ta ma szansę zagościć w nich na dłużej.

Ulubione fragmenty – „Passion of the Weak”, znakomity “Plague of Nations” czy otwierający stawkę “Amongst Marble of the Death”, jako ukłon w stronę “żywszego” Grave. Na koniec zostawiłem sobie najwolniejszy i najdłuższy na płycie, siedmiominutowy „Epos”. To już powoli tradycja, że Grave montuje w finale takiego monumentalnego kolosa. Na szczęście, choć nie jest to może szczyt progresji, „Epos” jest fajnie zaaranżowany i miażdży nie gorzej niż „Burial Ground” czy „8th Dominion”, powiem więcej, jest w tym zestawieniu najciekawszy. To już nie żaden grób, ale co najmniej rodzinny grobowiec!

Na koniec trzeba zadać jakieś podsumowanie… A jak tu podsumowywać 24 lata użerania się z biznesem i wierność klasycznemu detah metalowi?! Dobrze, że nie odpuszczają i wygodnie czują się w swojej skórze. „Endless Procession of Souls” to kawał rasowej muzyki, która nie musi nikomu niczego udowadniać. Może właśnie dlatego jest taka dobra?

Arek Lerch