GOVERNMENT FLU – Vile Life (Refuse)

Grypa powróciła i informuje nas dosadnie, że życie jest podłe. Wszystko jasne – warszawska załoga obudziła się z letargu i zadała kolejny długograj, co w ich przypadku oznacza 13 minut konkretnej młocki. Wprawdzie Tension nadal pozostaje w moim, grypowym rankingu na szczycie, jednak Vile Life zachowuje wszystkie, najważniejsze cechy zespołu. Jest bardzo dobrze.

Trochę to śmieszne, bo Refuse w materiałach promocyjnych poprzedniej płyty pisał, że „mamy do czynienia z wściekłym i szybkim” Government Flu, tymczasem ta reklama bardziej pasuje do „Vile Life”, bo w zasadzie to kawał autentycznie wkurwionej, bezkompromisowej napierdalanki w jedynym, klasycznym stylu, bez zbędnych eksperymentów. Tradycją już się stało, że Government Flu działa wg. swoistego schematu – spotkanie, nagranie płyty, trasa europejska, trasa amerykańska. Kiedy piszę te słowa, zespół właśnie finiszuje tur po kontynencie targanym szaleństwem, którego w Europie dawno nie było. Życie faktycznie jest podłe, szybkie i wściekłe. Wszystko się zgadza.Damaged City

Niewiele więcej można w tym przypadku powiedzieć. Zespół trzyma się formuły, skład jest dziwnie stabilny, wszyscy znają swoje miejsce. Może właśnie dlatego wyszła im płyta równa, zwarta i przede wszystkim konsekwentna. W końcówce recenzji „Tension” zastanawiałem się, w którą stronę pójdzie zespół podczas nagrań następnej płyty. Dzisiaj już wiem, że niespecjalnie się przejął moimi dylematami i dalej gra swoje. Poziom wykonawczy, jak zwykle, mistrzowski. Teksy enigmatyczno – kąśliwe, tylko okładka jakby swojska. Rysunek Patryka „Dzikiego” Rosickiego jako żywo nawiązuje do krajowego, politycznego pierdolnika, który powoli staje się nieznośny i karykaturalne mordy z okładki jeszcze bardziej pasują do tego usmarowanego pomyjami światka, jaki wynurza się z telewizyjnych wiadomości. Stąd zespołowe wkurzenie, które udziela się każdemu słuchaczowi. Zatem – najważniejsze są szybkie, nabuzowane petardy – „Vile Life”, „Back on a Leash”, „Sold Cheap” z punk – traszową końcówką, „Guilt Trip” no i wieńczący krążek kower „Szczury” Tragiedii. Nie zabrakło oczywiście wolniejszych fragmentów, z których najlepsze wrażenie robi „Power”, w którym gdzieś pojawia się sludge’owy ciężar, jest miarowe mielenie i nawet trochę fajnych gitarowych odjazdów. Poza tym to chyba jeden z dłuższych kawałków w historii zespołu, bo trwa aż dwie i pół minuty. Tuż za nim plasuje się równie upierdliwy i ciężki „To The Grave”. Jednym słowem – kolejny, bardzo dobry materiał. Zespół nie zrobił szokującej wolty, pozostaje sobą, przeboju na miarę Holes wprawdzie nie ma, ale wszystko jest idealnie na swoim miejscu, ciesząc ucho żelazną dyscypliną i konsekwencją stylistyczną. Podobnie jak świetnie riffy, doskonałe wokale i szaleńcze bębnienie Wolfiego. Dzisiaj GF to już instytucja, która reprezentuje niezależną, punkową scenę i daje nadzieję, że to nie tylko trochę hałasu, ale także przemyślany pomysł na świadome bycie „przeciwko”.

Arek Lerch

Zdjęcie: Clarissa Villondo

Pięć