GOOD NIGHT CHICKEN – You Like The Taste, Don’t You? (MITW)

Nie ukrywam, że kiedy usłyszałem nazwę Good Night Chicken, odmówiłem jakiegokolwiek kontaktu z muzyką tego zespołu, jaka by nie była. Redaktor musiał użyć nadzwyczajnych środków perswazji, posuwając się nawet poza granice przyzwoitości, do staropolskiego „nooo weeeeeź, eeeej”. I dobrze, bo dużo dobrej muzyki by mnie ominęło, na którą pewnie bez magicznego daru przekonywania Violence’owego marszałka-seniora nigdy bym się nie natknął.

Dobranoc Kurczę wyrośli są z tego samego plemienia, które dało światu Starych Singers. 20 lat temu autorzy „Ombreoli” mówili, że „dorastali na Pixies, zestarzeli się na Mudhoney”. Good Night Chicken też prawdopodobnie uczyli się rocka od ekipy czarnego Francisa, ale wiek jeszcze im nie siadł na ramiona. W ich garażu wciąż śmierdzi używkami, a regały z dykty uginają się pod płytami z niegłównonurtowym rockiem ostatnich 30 lat. Znajdziemy tam Jon Spencer Blues Explosion, Man or Astro-man?, The Bambi Molesters, ale też stare płyty rodzimego Kaseciarza. „You Like The Taste…” to zepsuty surf zagrany na punkową nutę przefiltrowaną przez doświadczenia zespołów typu Destruction Unit i całe morze delayów i reverbów. Brzmią anglosasko, ale nie są w tym nieudolni, a płyta nie pozostawia niesmaku po prowincjonalnym udawaniu. Co zaś najfajniejsze, psychodeliczny charakter Good Night Chicken nie ma ani odrobiny pretensjonalności. To pięknie chwytliwe piosenki, ich landrynkowe melodie ubrudzono czarującymi przesterami, ale nie odebrało im to lepkości. GNC

Tak oto okazało się, że Good Night Chicken wylądował w gronie moich ulubionych płyt z Music Is The Weapon. „You Like The Taste…” przypomina mi o innej wytwórni – Instant Classic i perłach wykopywanych przez Maćka, zanim do katalogu na pełnej wjechała sztuka, awangarda, jazzy, krauty i avantimpro. Przypominam sobie jak fantastycznie słuchało mi się po raz pierwszy The Stubs i wspomnianego wyżej Kaseciarza. Myślę o wrażeniach po genialnym koncercie bydgoskiego The Shitstorms. Czuję się jak po usłyszeniu rewelacyjnego drugiego albumu Turnip Farm. Rock z garażu, bez taniego śmieszkowania, ale bez pretensji i ambicji, które wszystko by zepsuły – tylko tyle i aż tyle proponuje oprócz okropnej nazwy Good Night Chicken. Tak, ten smak lubię.

Bartosz Cieślak

Pięć