GODSPEED YOU! BLACK EMPEROR – Asunder, Sweet and Other Distress (Constellation)

Z wielkimi dziełami sytuacja zawsze wygląda tak samo – znajdą się tabuny, które wychwalą daną rzecz pod niebiosa, gotowi spalić na stosie każdą osobę myślącą inaczej. Jest też i druga strona, czyli ludzie, starający się za wszelką cenę uzmysłowić innym, jak bardzo słabe jest to, przed czym oni biją pokłony. Piszę o tym, ponieważ Godspeed You! Black Emperor po raz szósty dają powód do dyskusji zarówno wielbicielom ich twórczości, jak i osobom nienawidzącym ich za „patetyczność” i poziom nudy w kompozycjach przekraczający wszelkie dopuszczalne normy. Jak sytuacja prezentuje się naprawdę?

Nie będę ukrywał, iż wieści o nowym albumie Kanadyjczyków nie dały mi spać po nocach przez ładnych kilka dni, tak więc musiałem podzielić się przemyśleniami o „Asunder, Sweet and Other Distress” – a trochę ich jest. Sprawa numer jeden, czyli klimat albumu, zawsze zajmujący pierwsze miejsce w odbiorze ich dokonań. Bo też jak inaczej odbierać tego typu muzykę? Poskakać nie za bardzo do tego idzie, więc jedyne co można zrobić, to dać się najnowszemu dziełu GY!BE po prostu pochłonąć. Przeciwnicy zespołu dostali zatem kolejny powód do prowadzenia zażartych dyskusji o charakterze opisywanej muzyki – wspomniana bowiem patetyczność będzie dla nich, po raz kolejny zresztą, nie do zniesienia. Choć długość albumu nie przekracza granicy 40 minut, co jak na nich, nie jest wynikiem godnym podziwu, jednak nie traci on przez to ani trochę. Trzeba przyznać, drugi po reaktywacji LP ma zdecydowanie mroczny klimat, przez co dzielą go lata świetlne od takiego „Storm”, nie stanowi to jednak wady. Cieszy fakt, iż po tylu latach grania, grupa wciąż robi wszystko po swojemu i bynajmniej nie odrywa kuponów od swoich najbardziej cenionych utworów. Nie musimy szukać; otwierający całość „Peasantry or [Light! Inside Of Light!]”, przytłaczający mozolnym tempem, prostym i miarowym rytmem perkusji, oraz gitarami i sekcją dętą, zwiastującymi koniec świata. Wiadomo, że jest to muzyka mogąca wywołać w umyśle słuchacza różnego rodzaju obrazy, natomiast utwór ów jest wręcz idealną ścieżką dźwiękową dla apokalipsy, z burzą i piorunami włącznie. Jeśli tak rzeczywiście miałaby ona wyglądać – gwarantuję wam, że będzie to najpiękniejszy koniec jaki możecie sobie wyobrazić. Dźwięki te nie tyle brzmią, one po prostu płyną i rozwijają się stopniowo, żyjąc niejako swoim własnym życiem. Następujące natomiast po nim „Lamb’s Breath” oraz „Asunder, Sweet” są wytchnieniem przed ostatecznym uderzeniem – zapętlone, drone’owe wręcz dźwięki, choć dla wielu mogą być po prostu męczącym wypełniaczem, stanowią idealne uzupełnienie całości. Jak wiadomo, w muzyce tej nie ma miejsca na pośpiech, tak więc tego typu „smaczki” są po prostu jej nieodłącznym elementem. Najlepsze zostało jednak zaserwowane na sam koniec – „Piss Crowns Are Trebled”, ze swoją doniosłą, wywołującą dreszcze końcówką, to według mnie, jedno z najlepiej zapadających w pamięć dokonań grupy. Oszczędny początek, z mocno przesterowanym basem na czele, zostaje uzupełniony o akompaniament smyczków, ewoluując w jedno wielkie GRAND FINALE. Wiadomo, jak coś kończyć, to z przytupem.GY!BE

Drugi post-reaktywacyjny album enigmatycznej ekipy z Kanady nie pozostawia wątpliwości z kim mamy do czynienia, pomimo mniejszego rozmachu, niż wychwalane chociażby nadal „Lift Your Skinny Fists Like Antennas To Heaven”, nie daje jednak absolutnie żadnych powodów, aby po raz kolejny przeszli w stan spoczynku. Jeśli takimi płytami wita nas rok 2015, nie wiem czego więcej mogę oczekiwać, jedno jest natomiast pewne – obcujemy tutaj z czymś naprawdę dużym, muzycznym monumentem, przed którym, tak jak w „Odysei” Kubricka, powinniśmy bić pokłony. Nie wiem jak Wy, ale ja kłaniam się naprawdę nisko.

Kevin Nazencew

Pięć