GNAW THEIR TONGUES – Per Flagellum Sanguemque, Tenebras Veneramus (Crucial Blast)

Holenderski one man project od dawna plasuje się na szczytach list przebojów dla nienormalnych. Bo faktycznie trzeba być mocno pogiętym, żeby znaleźć przyjemność w słuchaniu dźwiękowego horroru, jaki od lat funduje Mories de Jong. Nawet jeśli nie znajdziemy na jego płytach muzyki, którą puścimy u babci na imieninach, nie sposób odmówić mu talentu. Talentu do wyciskania z komputerów prawdziwego, smolistego mroku.

Nie chce mi się liczyć, która to już płyta GTT. W sumie taka płodność może być dobra ale i tak, niezależnie od tego, ile krążków stoi na naszych półkach, sięgamy po dźwięki tego pokroju raczej rzadko. I nowa płyta niczego w tym układzie nie zmieni.  Muzyczne (ok., niech mu będzie…) pejzaże to nic innego jak wylewająca się z przepiłowanego mózgu magma demonów, które uwalniane za pomocą klawiatury komputera porywają nas w świat, do którego nigdy nie chcielibyśmy trafić. Za każdym razem, kiedy konsumuję nowe dzieło GTT, mam przed oczami wędrującego przez piekło Robina Williamsa w filmie „Między piekłem a niebem”. Myślę, że gdyby reżyser do swojego obrazu użył muzyki GTT,  Chris Nielsen nie dałby rady pokonać czeluści, z jaką przyszło mu się zmierzyć.

Gnaw Their Tongues jednym ciosem otwiera przed słuchaczem otchłań, gdzie czai się smutek, zło, mrok i beznadzieja. To nagromadzenie negatywnych emocji potęgowane jest przez hałaśliwe, na pograniczu industrialu konstrukcje utworów, które szczyt osiągają w tych bardziej pulsujących momentach, np. „Human Skin for the Messenger” (Gira powinien być dumny z ucznia…) czy “Tod, Wo Ist Dein Licht”. Mories wyczarowuje ze swoich elektronicznych zabawek przerażające dźwięki, które wyraźnie pokazują, że to nie zdolność zaklinania klawiatury a raczej autentyczne zboczenie umysłowe jest źródłem muzyki. Kiedyś często mówiło się, że instrumenty klawiszowe czy komputery nie mają duszy. Sprzęt Holendra nie tylko ma duszę, ale jest ona najwyraźniej opętana przez cały legion diabłów. Najnowsze dzieło jest też zdecydowanie bardziej agresywne od nieco klimatycznego „L’Arrivee…”, choć w obydwu przypadkach muzyka nie nadaje się, by prezentować ją osobom ze słabym sercem. Tak… dużo piszę o sprawach nie związanych ściśle z dźwiękami, bo też i trudno jest zwerbalizować moje na ich temat odczucia. Tego trzeba dotknąć, doświadczyć w ciemną noc, kiedy przeraźliwe hałasy, zawodzenia i szumy wywołują gęsią skórkę. W zasadzie jedynym pragnieniem, jakie kołacze mi się w głowie, jest chęć zobaczenia Moriesa na żywo. Najlepiej z konkretną ekipą odszczepieńców, którzy będą w stanie odtworzyć jego wizje na scenie…

Jest to też kolejna płyta, w przypadku której dystansuję się od oceny, bo ta nijak nie odda moich przemyśleń. Może lepiej posłuchajcie muzyki, czytając jednocześnie wywiad z Moriesem, w którym redaktorzy Bartosz Cieślak i Kuba Kolan starają się zdiagnozować pacjenta…

Arek Lerch