GLERAKUR – The Mountains Are Beautiful Now (Prophecy)

Wieść gminna niesie, że niezwykłe jest islandzkie… no właśnie, nie do końca wiadomo, co; zdania są podzielone. Klimat? Krajobrazy? Coś wisi w powietrzu czy dodawane jest do jedzenia? Z każdym pojawieniem się płyty tak dobrej, jak ta, stawiam przed sobą podobne pytania i wciąż nie doszedłem do żadnego sensownego wniosku. Ten tajemniczy czynnik musi być jednak realny. Jak inaczej wytłumaczyć absolutną odmienność i swego rodzaju magię tej muzyki?

Musicie wiedzieć, że od dosłownie pierwszych dźwięków otwierającego „Augun Opin” moje skojarzenia były niezwykle przejrzyste: Sólstafir, Sigur Rós czy múm. Jednym słowem: Islandia. Melancholia, chłód i swego rodzaju podniosłość. Póki czas, zaznaczę, że porównania te nie czynią z GlerAkur taniej kopii czy naśladowców ogrzewających się w blasku bardziej znanych kolegów. Pewne pokrewieństwo, jak wspominałem, chyba zwyczajnie wpisane jest w jestestwo tych zespołów, stanowiąc zarówno cechę rozpoznawczą, jak i punkt wyjścia do dalszych podróży. Te w przypadku GlerAkur absolutnie nie przypominają błądzenia po omacku; to kroki bardzo pewne i stanowcze, zwłaszcza, gdy wziąć pod uwagę, że „The Mountains Are Beautiful Now” stanowi pełnoprawny debiut Islandczyków. Droga nie prowadzi wcale do konkretnego punktu, a całego szeregu miejsc, co pozornie mogłoby nastręczać trudności. Nic z tych rzeczy…

Niezwykle interesująca i warta wspomnienia jest także sama geneza projektu. Za GlerAkur stoi jeden człowiek – Elvar Geir Sævarsson, na co dzień zajmujący się inżynierią dźwięku w Narodowym Teatrze Islandii. Przez lata komponował do przysłowiowej szuflady, ledwie ułamek materiału wykorzystując w swojej pracy. Pewnego dnia pokazał jeden z pomysłów znajomemu; ten, zachwycony, umieścił utwór w swoim radiu internetowym, którego… słuchał akurat człowiek z Prophecy. Historia z tych, co się nie zdarzają. Później było już z górki, pojawiła się pierwsza ep-ka zatytułowana „Can’t You Wait”, a w rok po niej na świat przychodzi pierwsze pełnoprawne dzieło GlerAkur. Szklane pole – tak w wolnym tłumaczeniu brzmi nazwa projektu i przyznać muszę, że słowa te całkiem udanie obrazują jego muzykę. Bywa przestrzennie i niespiesznie, bywa też szorstko, a przy tym okrutnie chłodno i gitarowo. Nie należę do największych zwolenników tworzenia kilkunastominutowych historii, ale ambientowe plamy malowane przez Sævarssona aż proszą, by się w nich zatopić. Stwierdziłem wcześniej, że wiele tu tropów… Z ambientu wyłania się bowiem postrockowe napięcie, z niego zaś bezduszna szorstkość drone’ów i opresyjny, niemal blackmetalowy klimat. Co ważne, żaden z tych elementów nie jest w muzyce GlerAkur ciałem obcym, doklejonym obrazkiem gryzącym się z ogółem krajobrazu. Wszystko wynika zupełnie naturalnie, a jedna opowieść jest logiczną kontynuacją drugiej. Moją ulubioną pozostaje chyba „Strings”, będąca idealnym ucieleśnieniem „islandzkiego” brzmienia i ciesząca płynnym przejściem od leniwej, rozmarzonej atmosfery, jakby żywcem wyjętej z „Ótta”, do plemiennego, gitarowego pulsowania. Mimo wszystko, odnoszę wrażenie, że w przypadku takiego grania instytucja singla nie ma prawa bytu. Dopiero stanowiąc część większego obrazu, utwory GlerAkur nabierają właściwych rumieńców.GlerAkur_elvar_light_(1_of_1)

„The Mountains Are Beautiful Now” to naprawdę świetny debiut. Zawiera wszystko to, czego można spodziewać się, słysząc hasło „dobra, typowo islandzka muzyka” oraz jakiś magiczny pierwiastek wynoszący grupę na poziom wyżej, niż ten zarezerwowany dla poprawnych odtwórców. Kolejny diamencik w koronie islandzkiej sceny.

Adam Gościniak

Pięć