GENTLEMAN! – Cinco de Mayo (SkakAnka Records)

W Polsce głów już się nie ścina a siekiera staje się co najwyżej synonimem ciężkiej pracy. Od kiedy okazało się, że reggae, metal i punk to nie wszystko i że dobrze ułożone włosy nie oznaczają miętkiej postawy, wyszło na jaw, że i u nas, na tej przaśnej, doświadczonej historycznie ziemi nie tylko protest songiem i lucyperem młódź żyje. Choć nadal z oporami przyjmują się nowe mody, trendy i designy. Przykładem jest rock alternatywny, zwany tu i ówdzie indie, który coraz odważniej wyziera z różnych miejsc. I nie brzmi wcale zaściankowo. Przykład? Nowa, druga płyta trójmiejskiej załogi Gentleman!

Nie wiem, jak jest z popularnością takiej muzyki, bo też i same zespoły, nie wspierane konkretną falangą fanów, nie są zbyt widoczne, czego zresztą niniejsza płyta jest dobrym przykładem. Pojawiła się bez specjalnego halo, po prostu – jest. A szkoda, bo to kawał solidnej roboty. Być może nie wyważają drzwi tak jak D4D, może nie są słodcy jak UniqPlan, ale swoim szorstkim miksem indie, alternatywy i lekkiego, mrocznego posmaku trafiają w moje gusta. Ok., żeby było jasne, są tu numery znakomite, ale są też zwyczajne, rockowe piosenki. Są zajebiste metafory w rodzaju „pokolenie kopiuj – wklej”, są też teksty, których do końca nie rozumiem. Ale to przecież żywi ludzie – nie wygodzą wszystkim, nie trafią w milion gustów krajowych fanów. Może są mniej mroczni niż na debiucie, może za mocni dla stacji radiowych, ale dla mnie „Cinco…” to solidna porcja dobrze zrobionej, indie rockowej muzyki, której w naszym kraju ciągle za mało.

Ważne jest to, że zespół zna swoje miejsce i nie wykonuje nerwowych ruchów, pragnąc wymyślić proch na nowo. Zamiast tego jest dawka osadzonej na mocnych, rockowych resorach, melodyjnej muzyki. Czasami doskonałej, czego przykładem będą utwory – „Kopiuj wklej” czy wałek tytułowy. Momentami muzyczka leci sobie gdzieś w tle („Kein Geld”), by od czasu do czasu zaskakiwać. Tak jak w przesiąkniętym elektroniką, tanecznym „EC”. W „Edwyn Collins” słyszę z kolei duże pokrewieństwo z Bratami z Rakemna. Podobna poetyka i gitarowy aranż. Trójmiejsko robi się w instrumentalnym, świetnie płynącym „Wielkim czarnym psie”. Wydaje mi się, że zespół celowo rezygnuje z jasnego określenia swojej pozycji, rezygnując z opowiedzenia się po którejś ze stron – jeśli synth pop, to w dawkach śladowych, jeśli Joy Division, także tylko w domyśle, bez bezpośrednich nawiązań do Editors czy Interpol, choć te nazwy chyba zawsze przy okazji G! będą się pojawiać. A może nazwijmy ich muzykę rockiem alternatywnym, tak po prostu…

Gentleman! to kolejny zespół z puli dobrze wyglądających, świetnych rzemieślników, których u nas zawsze brakowało. Oczywiście, pomijam gwardię z lat 80 – tych, która zakonserwowana ciągle obstawia sylwestry. Być może doczekam się kiedyś zmiany warty, bo chciałbym kiedyś pójść na dużą, masową imprezę i usłyszeć właśnie takie zespoły jak Gentleman! i to nie jako ciekawostkę. Czuję jednocześnie, że na „Cinco de Mayo” G! dopiero nabiera tempa i jeśli nie zrazi się do krajowego biznesu (jeśli takowy istnieje…), na trzeciej płycie będzie jeszcze lepiej.

Arek Lerch

Cztery i pół