GABA KULKA – Kruche (Mystic)

Ze śpiewającymi paniami Polska nigdy nie miała problemu. Przynajmniej jeśli chodzi o ilość. Wchodząc w szczegóły, jest już ciut gorzej. Zatem, odsiewamy gwiazdeczki popularnych programów, celebrytów próbujących sił w muzycznym biznesie, klezmerów, amatorów i skandalistów. No i zostaje dużo mniej nazwisk. A wśród nich nadal bryluje Gabriela Kulka, która wydała właśnie nowy album, potwierdzając nim swoją niewątpliwą klasę.

Gaba Kulka wygrywa przede wszystkim tzw. „muzycznością”. Nie chodzi w tym przypadku o zwykłą biegłość instrumentalną  – bo ta jest na najwyższym poziomie – ale raczej o spektrum zainteresowań tej pani, która z równą finezją zadaje przebojowe piosenki (że o „Z Marcepana” czy „Niejasnościach” wspomnę…), bawi się w jazz, poezję śpiewaną czy fikuśne przeróbki pieśni bojowych Iron Maiden, w każdym z tych wcieleń wypadając autentycznie. Właśnie o ten brak tzw. „wioski” chodzi – zastanawiałem się ostatnio, co decyduje o powodzeniu różnych projektów; przecież nie zawsze i nie każdemu się udaje a Kulka jak na razie nawet troszeczkę nie zbliżyła się do tzw. autoparodii własnej twórczości, zachowując wyrazisty charakter i nawet jeśli nie każda nowa kompozycja jest genialna, na pewno nie zaliczyła żadnej, większej wpadki. Wręcz przeciwnie – płyta „Kruche”, nawet jeśli nie jest to materiał szczególnie wywrotowy czy zaskakujący, potwierdza klasę, ponownie skrząc się różnymi konwencjami; co ciekawe, nawet tzw. odjazdy w rękach Kuli i towarzyszących jej muzyków cały czas brzmią niczym proste piosenki. A skoro o muzykach mowa – podstawowy skład zespołu to zgrana kompania, która potrafi bardzo dużo, zresztą, jeśli ma się w trupie takich mistrzów jak Zimpel, trudno o jakieś ograniczenia. Co nie zmienia faktu, że mając umiejętności iście akademickie, instrumentaliści koncentrują się raczej na tworzeniu klimatu, dźwiękowej zawiesimy, która idealnie współgra z głosem Gabrieli, bawią się w koloryzowanie; bez wyszukanych technicznie solówek słychać, że mamy do czynienia z fachmanami jakich mało. Szacunek.dsc_4335-small

A sama płyta jest… kulkowa na 250%. Od pierwszych dźwięków Gaba zostawia konkurencję w tyle, grając nieskrępowane, „lecące” dźwięki, hipnotyzując głosem i harmoniami. Choć przeboju na miarę „Niejasności” tu nie znajdziemy. Ogólnie mam wrażenie, że chodziło o przesunięcie środka ciężkości w stronę jazzu, bo takich elementów jest tu całe mnóstwo, co najlepiej słychać w weilowskim „Lonely House”. Równie autentycznie wypada w tych mocniejszych fragmentach: w „Still” żeni jazz z rockiem, kłania się „Hat, Rabbit” w „Static”, no i, co oczywiste, Kate Bush („Brother”). A jako, że stara miłość nie rdzewieje, pojawia się tu też kower Queens Of The Stone Age – „I Sat By The Ocean” w pięknie rozbujanej, knajpianej wersji, brzmiącej tak, że można się pomylić i wziąć piosenkę za autorską kompozycję Kulki. Są też i ballady. Te akurat nie siedzą mi aż tak bardzo, ale czasami można się wzruszyć, jak przy pięknej piosence „Miniature Life”.

Tyle szczegółów, jeśli chodzi zaś o wnioski to te są dwa – po pierwsze, Gaba nie odpuszcza i cały czas podnosi poprzeczkę, po drugie, jest na „Kruchych” kilka wyrazie zaznaczonych furtek, które prowokują pytanie „co dalej”? Tryptyk „Hat, Rabbit”, „The Escapist” i „Kruche” zostaje zamknięty i można zaryzykować twierdzenie, że Gaba ma zamiar wypłynąć na nieznane wody. Jazz? Kto wie… Zważywszy na aktywnościowe ADHD artystki, możemy się spodziewać… w zasadzie wszystkiego. Zatem, trzymamy kciuki…

Arek Lerch

Zdjęcie: Anna Lucid

Pięć