FUTUROBNIA – Futurofuriat w Totalitariach (Wydawnictwo Wiatr S.C.)

Muzycznym sumieniem pokolenia stara się być Grabaż, który na płycie „Dodekafonia” zespołu Strachy Na Lachy przedstawił bez uśmiechu swoje spojrzenie na współczesnego krajana. „Brzydcy ludzie z Tesco” wprawdzie na „Futurofuriat w Totalitariach” Futurobni nie występują, jednak korowód pokracznych postaci odbijających się w krzywym zwierciadle metafor  Darka Wasilewskiego wystarczająco sugestywnie maluje naszą śmieszną rzeczywistość. Futurobnia też jest „chora na wszystko”…

Zespół przewija się przez muzyczny światek  od początku lat 90 – tych, dryfuje gdzieś na obrzeżach rockowej sceny, od czasu do czasu włączając się w ten nurt, choć raczej nie spodziewam się, że wysadzi go od środka. Być może wynika to z artystycznego podejścia do rzeczywistości, lub braku tzw. „ciśnienia”? Może to i dobrze, bo gdyby zespół stał się bardziej popularny, to tzw. czynnik wyższy mógłby nie znieść siły słownego, bezkompromisowego ataku, na jaki stawia. Nie ukrywam też, że w pierwszej kolejności doceniam grupę właśnie za wspomniane teksty. Podobnie jak w przypadku poprzednich materiałów, na najnowszej płycie znaleźć można liryki mocno podnoszące ciśnienie. Weźmy pierwszy z brzegu przykład – „Lochy Watykanu”. Niby dość spokojny (może lekko sensacyjny…) tytuł. Wystarczy jednak, że usłyszymy pierwsze frazy tekstu, wyśpiewywane przez Dorotę Wasilewską i od razu robi się gorąco. Pogratulować odwagi, jak najbardziej… W zasadzie wszystkie teksty z płyty to poetycki, czasami dość agresywny, czasami sarkastyczny kopniak w twarz naszej kartoflanej rzeczywistości. Dostaje się wszystkim po równo, bo przecież każdy jest w mniejszym lub większym stopniu zwykłym, mentalnym wieśniakiem. Tak nas ukształtowała polska rzeczywistość ostatnich 20 lat. Polecam te liryki, bo ich siła w oderwaniu od muzyki wcale nie jest mniejsza. A może nawet odwrotnie, bo niektóre, bardziej przystępne tematy muzyczne zdają się wręcz łagodzić brutalną prawdę w nich zawartą.

Muzyka…   Tu muszę przyznać, że troszkę boksowałem się z dźwiękami, jakie spłodzili futurobniacy… Wręcz musiałem na chwilkę odstawić krążek na półkę, żeby trochę dojrzał. Od początku zespół obracał się w kręgu szeroko rozumianego rocka z przyległościami. Te „przyległości” raz mocniej, czasami mniej dawały o sobie znać. Teraz jest podobnie. Bo mamy tu i funk, ale także sporą dozę nowej fali. Jest specyficzny chłód klawiszy a także mocne, rockowe riffy. Jest jak zwykle znakomita sekcja rytmiczna, która tym razem sunie – mimo wszystko – zaskakująco prosto, skupiając się raczej na współtworzeniu muzyki. Choć i tak Włodek Tafel i Paweł Rybarczyk grają na poziomie w wielu przypadkach niedostępnym polskim tzw. „rokmenom”.  Inna sprawa to aranżacje, które czasami zahaczają o kabaret, w innym miejscu o poezję śpiewaną, swobodnie łącząc rockowy pazur z pozornym patosem partii wokalnych. Te rozchwianie stylistyczne może się podobać, ale i czasami drażnić. Nie da się jednak ukryć, że dzisiejsza Futurobnia jest przede wszystkim mocnym, rockowym zespołem, który eksperyment formą traktuje raczej jako dodatek do riffowego grania. Na pomoc zdezorientowanemu słuchaczowi przychodzi zaś melodia, której jest tu całkiem sporo, zarówno w warstwie muzycznej jak i wokalnej.

Zamiast analizować poszczególne utwory, pozwolę sobie na małe resume – „Futurofuriat…” to portret dojrzałego muzycznie zespołu, ewidentnie nie pogodzonego ze światem, niepokornego, wulgarnego wysublimowanym słowem, ale też niesamowicie wrażliwego. Słuchać, że rzeczywistość ich autentyczne dotyka i nie ma w tym grama aktorskiego blamażu. Choć jednocześnie cały czas Futurobnia jawi mi się jako projekt wybitnie post – muzyczny, cokolwiek może to znaczyć. Resztę dopowiedzcie sobie sami.

Arek Lerch 4,5