FULL OF HELL – Trumpeting Ecstasy (Profound Lore)

Pisząc lub mówiąc o „ciężkiej” muzyce bardzo często nadużywamy pewnego słowa, które do większości zespołów i ich twórczości nie pasuje nawet w ułamku procenta. Plastikowy metal, zblazowani tetrycy w roli ciągle walczących hard core’owców, to wszystko widzieliśmy już tysiące razy, ale nadal mówimy o nich: ekstremalna muzyka, ekstremalny metal. Tak dla przypomnienia: „ekstremalny”: skrajny, krańcowy, wyjątkowo trudny, niebezpieczny, mający skrajne poglądy i metody działania. Full of Hell jest zespołem ekstremalnym jak mało który i za to co najmniej ich lubię.

Po wydanej w ubiegłym roku kooperacyjnej płycie gdzie Full Of Hell stworzył wspólne dźwięki wraz z The Body wydawało mi się, że na nową muzykę z obozu tych pierwszych przyjdzie nam poczekać. Wspomniany materiał to jedna z bardziej intensywnych płyt, jakie miałem okazję kiedykolwiek słyszeć. Zwyczajnie spodziewałem się tego, że twórcy po spłodzeniu takiego potwora będą potrzebować odpoczynku. Jednak stało się inaczej, ale uważam, że tamten materiał odcisnął piętno na dzisiejszym obliczu Full Of Hell. „Trumpeting Ecstasy” to modelowy kawałek muzyki, do której przyzwyczaił nas amerykański ansambl. Dzika, surowa, przekorna i chora mieszanka grind core, noise, power violence. Nawet w chwili, gdy piszę te słowa wydaje mi się, że zespół osiągnął kres tego, co rzeczywiście ekstremalne, że bardziej już się nie da, że jeszcze głębsze szukanie krańca spowoduje, że nie będzie to już muzyka a jałowy hałas. Bo dziś przy całej skrajności, jaka bije z tego wydawnictwa będę bronił tego, że oprócz ewidentnego chaosu jest tu sporo zaplanowanej muzyki. FoH

Prawie 24 minuty intensywnego koszmaru sprawiają, że na chwilę zapominamy o świecie. Liczy się tylko to, co sączy się wraz z dźwiękiem. Jad. Strach. Krew. Full of Hell nie mają odrobiny litości, żywią się tym, co żyje w cieniu i tworzą ponadprzeciętną muzykę ubraną we wspomniane już w tej recenzji stylistyczne ramy. Właściwie to gatunki schodzą tu na dalszy plan, na pierwszy windując ból i brud.
„Trumpeting Ecstasy” to płyta, której nie można nie znać.

Wiesław Czajkowski

Zdjęcie: Reid Haithcock

Pięć i pół