FUFANU – Sports (One Little Indian)

O takich płytach powinno się pisać, że niosą radość, choć byłoby to bardzo cyniczne, bo trudno o muzyce z gruntu ponurej sadzić takie komunały. Może to wina odosobnienia, w jakim dorastają muzykanci na zimnej, wulkanicznej wyspie, może coś w tej morskiej wodzie powoduje, że muzyka z  Islandii zawsze będzie „inna”. Tym razem, zamiast eksperymentów w stylu opisywanych na naszych łamach dziwaków z Singapore Sling, dostajemy wyspiarską wersję postpunkowej melancholii w pięknie beznamiętnym wydaniu.

Po lekturze „Sports” doszedłem do wniosku, że gdyby Pet Shop Boys stwierdzili w którymś momencie, że chcą grać rocka, zmontowaliby materiał bardzo podobny do niniejszej płyty. To tylko niewinne porównanie, ale dość dobrze oddaje stan ducha trzech Islandczyków. Materiały, z jakich swoją muzykę buduje Fufanu, są dość oczywiste. Jest krautrockowy plastik, obsypany post punkowymi opiłkami. Jest szczypta zimnofalowego smutku i indie rockowa blaza. Klocki wyświechtane jak pluszowy miś ze strychu, ale nadal, jeśli ktoś ma pomysł i podchodzi do tematu bez spiny, można z nich coś fajnego zbudować. Fufanu się to udało. Pozornie nie ma tu niczego nowego, ot, połączenie elektroniki, rocka i monotonnej sekcji. Zresztą, ta monotonia jest chyba najważniejszym czynnikiem sprawczym. Młodziaki grają, jakby ktoś nafaszerował ich dużą dawką kodeiny; euforyczne tło podane jest z czysto angielską, brit popową blazą. Większość numerów utrzymana jest w jednostajnym, mechanicznie podawanym pulsie, na którym bez pospiechu zespół snuje swoje opowieści, odwrócony do słuchacza plecami, jakby głęboko gdzieś miał wszystko co się wokół dzieje. I jak tu nie przywołać ducha Iana Curtisa? Nie da rady…Fufanu

A teraz konkrety – każda piosenka ma w sobie to „coś”. Neworderowy „Gone for More” napędzany hipnotycznym klawiszem ściera się z chłodnym, dystyngowanym „Sports”, synthpopowy „Tokyo” stoi obok melancholijnej jak deszczowy poranek piosenki „Just Me”. W „Limbillity” czuć wyraźnie wpływ Neila Tennanta, zaś porządny ukłon w stronę nowej fali mamy w „Syncing In”. Powoli, minuta po minucie wyłania się z tych kawałków świetna instrumentacja, inteligentne użycie efektów gitarowych i mistrzowskie zespolenie elektronicznego tła z rockową narracją. W zasadzie dopiero po dłuższej chwili zdajemy sobie sprawę, że plastiku jest tu tak dużo! Za swoistą przekorę muzyków uznaję fakt, że na sam koniec (!) płyty wrzucili dwie najbardziej przebojowe, „singlowe” piosenki, które miałyby szansę zabłysnąć w eterze, mowa o wesolutkim „Your Fool” i zamykającym płytę, opartym na świetnym refrenie „Restart”. Płytę wyprodukował znany z hałasowania w Yeah Yeah Yeahs Nick Zinner i on także między innymi przyczynił sie do tego, że mamy w łapach tak równy, zwarty i pozbawiony mielizn krążek. Który – tego jestem pewien – mało komu się spodoba, bo jest zamglony i sprzedaje po raz nie wiem który ponure klimaty w stonowanej, mocno wycofanej formie. Cóż, ma Anglia swój Editors, a Islandia Fufanu, którzy pewnie takiej kariery nie zrobią i za rok nikt o nich nie będzie pamiętał, ale dzisiaj kupuję ich bez chwili wahania.

Arek Lerch

Foto: Magnus Andersen

Sześć