FRANK CARTER&THE RATTLESNAKES – Modern Ruin (International Death Cult)

Unikałbym raczej głoszenia dość popularnej tu i ówdzie tezy, mówiącej, że Grzechotniki to idealne połączenie dwóch poprzednich zespołów Franka Cartera, czyli Gallows oraz Pure Love. Sprawa jest nieco bardziej złożona. Z innym twierdzeniem muszę się jednak zgodzić. Zwyczajowa śpiewka o wypuszczeniu najlepszej płyty w karierze to w tym przypadku coś innego, niż puste, nic nieznaczące słowa i tkwi w niej nawet więcej, niż ziarno prawdy. Szczerość jest zresztą wielkim, choć nie jedynym, tego krążka atutem.

I’m so sick of singing about hate /It’s never going to make a change”. Nie zgadniecie, kto jeszcze niedawno z zapałem wyśpiewywał takie właśnie słowa… Tak, tak, nie kto inny, jak rudowłosy frontman Gallows, kapeli, która z afirmacji spokojnego i statecznego żywota raczej nigdy nie słynęła. Ta drastyczna metamorfoza była jednak nietrwała; po raz kolejny okazało się, że jedyną stałą rzeczą w naszym życiu jest właśnie ciągła zmiana. Pojawił się kolejny projekt, a z nim nowe podejście do muzyki i Frank niespodziewanie odkrył w sobie do tej pory schowane, zalegające gdzieś głęboko, nowe pokłady złości i agresji. Co było dalej? Między innymi „I Hate You”, czyli bardzo, bardzo stężony roztwór nienawiści (i przy okazji bujający, koncertowy hit, ale to już inna kwestia). Całe „Blossom” było właśnie takie – ponadprzeciętne i świeże, ale jednocześnie bijące niezdrową chęcią udowodnienia czegoś sobie i wszystkim dookoła. Pod tym względem nowy krążek przynosi zupełnie inne podejście. Tym razem brak szumnych zapowiedzi o odejściu od niezdrowych emocji, choć w praktyce jest ich znacznie mniej. Carter poszedł w czyny, nie słowa. To uwiarygodnia jego przemianę. Na bok odsunięte zostały wszelkie animozje i personalne przytyki, „Modern Ruin” jawi się bardziej jako podróż w głąb siebie i próba zmierzenia się z własnymi problemami.
Pierwszy kontakt z tym albumem nie był jednak szczególnie oczarowujący. Właściwie, zacząłem nawet nastawiać się na srogi zawód. Wszystko wydawało się takie płaskie i jednowymiarowe, zupełnie, jakby wraz z nienawiścią Cartera opuściła też iskra Boża. Kolejne piosenki zlewały się w jedną, miałką papkę, a ja zastanawiałem się, kiedy to Grzechotnikom przewodzić zaczął Alex Turner, lider Arctic Monkeys. Maniera słyszalna w wielu miejscach „Modern Ruin” wydawała się być niemal identyczna. Ba, momentami całość brzmiała jak nieudolna kopia AM, aspirująca do specyficznej lekkości cechującej tychże, ale pozbawiona tego eleganckiego sznytu. Wtem nadeszło oświecenie – początkowo zacząłem zachwycać się błyskami pojedynczych puzzli układanki, by z czasem otrzymywać coraz szerszy i pełniejszy obraz całego dzieła. Chwilę to trwało, lecz w końcu wszystko wskoczyło na swoje miejsce. I chyba nie ja jeden odczułem z początku lekki dyskomfort. Każdy, kto docenił „Blossom” i czekał na godną kontynuację, zapewne miał w głowie nieco inne jej wyobrażenie.Frank Carter

Jaki jest więc ten nowy album? Po pierwsze: nie aż tak przebojowy, jak debiut The Rattlesnakes. Choć znajdą się utwory pod tym względem ponadprzeciętne, nie zakłócają one odbioru „Modern Ruin” przede wszystkim jako spójnego, skończonego krążka. Nie jest też przesadnie ciężki; gdzieniegdzie ukryta jest nawet subtelność, o jaką Cartera ciężko było do tej pory podejrzewać. Ważne są tu melodie, choć nie jako cel sam w sobie, raczej transmiter emocji. Właśnie, emocji: bo to muzyka do głębi szczera, muzyka, którą odbierać należy przede wszystkim sercem, zapominając o szczegółowych analizach. Niemal każdy utwór podszyty jest jakimś drugim dnem, z początku zupełnie niezauważalnym. Czy to „Lullaby”, czy „Wild Flowers”, czy, wieńczący całość, faworyt niżej podpisanego, „Neon Rust”. Wszystkie kipią od emocji, wyrażonych w sposób raz bardziej, raz mniej dosłowny. Po części prawdą jest, że zespół skręcił brzmieniowo w stronę nowobogackich rockowych potentatów. Po części: bo, raz, utwory pokroju tytułowego mówią nam coś zupełnie innego; że to wciąż wściekła, post-hardcore’owa niemal maszyna, która tylko na moment zboczyła ze starego szlaku. A dwa, bo, w swoim podobieństwie do Royal Blood czy wspomnianego już Arctic Monkeys, zespół wciąż pozostaje sobą. Bo Frank wypluwa z trzewi własne demony, a nie produkuje się o zakolanówkach. I tak oto wypluł chyba najlepsze dotychczas swoje dzieło, które, z wszystkimi jego początkowymi wyboistościami, zdążyłem obdarzyć już szczerym uczuciem. Co i wam polecam uczynić.

Adam Gościniak

Pięć