FORGOTTEN TOMB – …and Don’t Deliver Us from Evil (Agonia Records)

Forgotten Tomb mają pecha, że urodzili się kilka dobrych lat po sukcesach Paradise Lost i w dodatku nie w Szwecji. Popularność smutnego death metalu, zapoczątkowana na „Gothic” tych pierwszych i perwersje Niklasa z Shining są dzisiaj wyznacznikami klasyki doom metalowej ekstraklasy. Włosi nie mają szans, by wspiąć się na taki poziom, choć profesjonalizmu nie można im odmówić. Ale to dzisiaj już nie wystarcza.

Składniki najnowszej, szóstej płyty FT są niezmienne. Melancholia przenikająca każdy riff, jaki zagrali na tym krążku, może autentycznie wpędzić w depresję. Zespół po raz kolejny żeni doom metal z śmiercionośnym kuzynem i ten kazirodczy akt powoduje, że muzyka jest strawna, choć momentami nie wiem, czy Italiańcy chcą być smutnymi black/death’owcami, czy raczej żwawymi czcicielami klimatycznego odłamu post sabbath’owskich odszczepieńców („Cold Summer”). Zaletą muzyki z „…and Don’t Deliver Us from Evil” jest jej względna prostota, choć  w kontekście tutułowej, dwuczęściowej kompozycji z poprzedniej płyty „Under Saturn Retrograde” – dodajmy – dużo ciekawszej formalnie, może ona być traktowana jako próba ucieczki w nie do końca dobrą stronę. Zespół zamiast szaleć, skupia się na melodyce, sążnistym riffowaniu i budowaniu klimatu, osiąganego też w dość oczywisty sposób – poprzez wprowadzenie gitar akustycznych i rozjeżdżaniu riffu w psychodeliczną miazgę. Jeśli mam pokusić się o osobiste preferencje, wolę jednak, kiedy Włosi pokazują swoją bardziej męską naturę, jak w najlepszym na płycie, otwierającym ją zresztą kawałku „Deprived”, który swoim motorycznym, zagranym z nieco death’n’rollowym zacięciem tematem fajnie pobudza krążenie. Niestety, w pozostałych utworach nie doszukałem się takich jaśniejszych punktów. Za takowe można oczywiście uznać sprawne żonglowanie pomysłami. Taką sprawność Forgotten Tomb symbolizuje kawałek  tytułowy, który miesza szybki death metal, mielące, średnie tempa i wpadające w łeb, przebojowe chorusy. Niestety, im dalej, tym smutniej się robi i gdzieś po piątym, najdłuższym na płycie kawałku „Love Me Like You’d Love the Death”, zaczynam odczuwać znużenie, bo Włosi nie potrafią niczym dostatecznie zaintrygować. Na zespole mści się okrutnie owo niezdecydowanie i szekspirowski wręcz dylemat, który można podsumować kolokwialnym „przypierdolić czy nie – oto jest pytanie”.

Tak sobie myślę, że cały ten współczesny profesjonalizm to niezawodny środek, kastrujący  zastępy zespołów z bardzo poszukiwanej bezczelności, która dodawać ma przecież muzyce rumieńców. Zamiast tego mamy poprawnie skomponowane i dobrze zagrane tematy, które niczego do światowej skarbnicy metalu nie wnoszą. Jasne, trudno w 2012 roku wymyślić coś nowego, bo metal jak gąbka wchłonął już wszystko, od jazzu po awangardę, brakuje mi jednak  bardziej „szorstkiego” myślenia i denerwuje pilnowanie raz obranej drogi. Ok., płyta Forgotten Tomb sprawdzi się jako podkład, ba, może się nawet w paru miejscach spodobać, jednak zaraz po zakończeniu lektury ślad po niej momentalnie z bańki wyparowuje, co – jak pamiętam – nie miało miejsca w przypadku „Under Saturn…”. A to nie jest wcale dobra rekomendacja.

Arek Lerch