FÖLLAKZOID – / (Sacred Bones Records)

Od lat poszukujemy muzyki idealnej. Esencji, jądra dźwięków, które uważamy za sedno sprawy. Sednem w przypadku pewnej grupy odbiorców i twórców jest trans. Idea sztuki repetytywnej ewoluowała, dając nam pod drodze kilka niezłych płyt, od Falarka po Lotto, że na krajowym podwórku się zatrzymam. To wszystko było jednak skażone w większym bądź mniejszym stopniu różnymi naddatkami. Do dzisiaj. Bo dzisiaj mamy „/” Föllakzoid.

Doskonałą definicją muzyki, jaka znalazła się na nowej płycie dziwaków z Chile są słowa kolegi, który na wieść o tym krążku stwierdził: rozumiem – ten sam bit w tym samym tempie w każdym kawałku plus delay’owe odgłosy. W zasadzie nie wiem, co mógłbym jeszcze dodać, jak zareklamować płytę, na której jest… ten sam bit w każdym numerze i ten sam zestaw pogłosów. Dokładnie tak. Irytująca monotonia, liniowe aranże wykorzystujące skromny zestaw środków, programowa powtarzalność, zaskakująca oszczędność. Jeśli dodamy do tego fakt, że utwory mają np. po 17 minut, zaczynamy odczuwać ból zębów. To idealna muzyka by kogoś wkurwić albo odjechać na kwasie. Jest też możliwość, że co słabsze psychicznie jednostki nawet bez środków psychoaktywnych doświadczą czwartych wymiarów. Nie wątpię, że twórcom tej płyty towarzyszyła podczas nagrań cała tablica Mendelejewa, nie można im jednak odmówić żelaznej konsekwencji.F

Bo to właśnie ona jest tutaj matką sprawczą. Zazdroszczę Föllakzoid, że potrafi wytrzymać tyle minut bez żadnych zmian, że nie ma chcicy na coś więcej, na naciśnięcie choć jednego, dodatkowego guzika w samplerze… Nie, oni zastygają w monotonnej pulsacji. Z każdym uderzeniem stopy oddalają się od brzegu i realnego życia. Idealne miejsce dla tej muzyki? Noc, plaża, czarna połyskująca tafla wody. Pusty umysł. Wolność, odwaga, by odjechać w trip doskonały. Cztery utwory zawarte na płycie „/” docierają do archetypu, drażni jednorodność kompozycyjna, w zasadzie zespół mógłby z tych czterech numerów zrobić jeden monstrualny kawałek. A jednak ciało reaguje idealnie – od razu wpadam w hipnotyczny trans i choć mózg wysyła znaki zapytania, czy to aby nie dobrze skrojony szwindel, od pierwszych sekund zostaję zarażony jednostajnym pulsem, który nie odpuszcza do końca. Nie wiem, jak Föllakzoid poradzi sobie z płytą na żywo, bo całość została, jak głosi wytwórnia, spreparowana na komputerze z osobnych ścieżek poszczególnych instrumentów (co w sumie jest zgodne z duchem eksperymentu). Brzmi to bardzo syntetycznie, oczywiście to pierwsze wrażenie, bo po jakimś czasie dochodzą do mnie te bardziej organiczne brzmienia, tu ładnie pracujący hi-hat (II), to znowu  spogłosowana i przepuszczona przez milion efektów gitara, wszystko jest tak sprasowane, idealnie wymieszane, że absolutnie nie przeszkadza w pełnym odbiorze muzyki. Nie ma instrumentalistów, jest wspólny lot, nie ma brzmień, jest trans. A w zasadzie goa trance podniesiony do rangi religii w jakimś mrocznym klasztorze. Może ta płyta jest idealnym komentarzem naszej rzeczywistości a może majstersztykiem oszustwa? Na razie daję się nabrać, kupuję „/”jako jeden wielki odjazd – i czekam na weryfikację podczas wrześniowego koncertu. Wtedy wystawię ostateczną ocenę.

Arek Lerch