FOGHORN – Corona (Opus Elefantum Collective)

Przyznam, że bałem się trochę kontaktu z Foghornem. Opus Elefantum Collective kojarzę przede wszystkim dzięki Vysoké Čelo, ale również za sprawą solowej twórczości Janusza Jurgi oraz black metalowego Widziadła, w którym skądinąd macza palce również twórca „Corony”. Debiut Foghorn owszem, idealnie pasuje do profilu labelu, ale nie jest też kopią żadnego z wymienionych projektów – a właśnie ta obawa targała mną najmocniej. Stylistycznie najdalej projektowi Tomasza Turskiego do Widziadła, ale w muzyce projektu czuć przede wszystkim pokrewieństwo emocji, które jest czynnikiem najmocniej spajającym wszystkie wydawnictwa Opus Elefantum. To właśnie one – w tym przypadku przedstawione bardzo subtelnie, ale też odpowiednio tajemniczo i nieprzejrzyście – sprawiają, że debiutancki album Foghorn zdaje się być nie tylko najciekawszym wydawnictwem kolektywu, ale i jedną z lepszych polskich płyt w tym roku.  

Chyba nie słyszałem w ciągu ostatnich miesięcy piękniejszej płyty od „Corony”. Na debiutanckim albumie Foghorn imponuje mi zarówno forma, z jaką Tomasz Turski przedstawia swoją muzykę, jak i jej wyjątkowo urodziwa melodyka. Turski z olbrzymią gracją lawiruje od delikatnych, ambientowych pasaży, bliższych zresztą przedrostkowi „dark”, po wybuchające nagle noise’owe kakofonie. Potrafi delikatnie uderzać w struny gitary akustycznej, nadając całości folkowej wrażliwości, by za chwilę owinąć wszystko w płaszcz z hałaśliwych, shoegaze’owych gitar. Momentami – również za sprawą onirycznych, rozmytych wokali – wyraźnie zahacza o twórczość Jakuba Ziołka (zwłaszcza o Starą Rzekę), zaś w bardziej hałaśliwych momentach lekko trąca się nawet The Angelic Process czy Nadji. W singlowym „The Cabin” pobrzmiewają dość wyczuwalne echa Have a Nice Life, kiedy indziej Foghorn obciera się o depresyjną melancholię My Bloody Valentine.

Nie jest jednak ważne, z którego ogródka Turski akurat podbiera, lecz to, co potrafi z tych składników stworzyć. „Corona” to przede wszystkim piękne, niezwykle urokliwe melodie, potrafiące oczarować już od samego początku „Lima 2/Bodyleaving”. Fantastyczny jest następny „Thunderstorms”, w którym melodia prowadzona przez łagodny śpiew i gitarę akustyczną zostaje ostro przełamana typową ścianą dźwięku. „The Cabin” prowadzony jest przez wyraźny, niemal post-punkowy rytm, a fantastycznie tajemniczy „Ghost From an Old Alder” z jednej strony opatula leniwą melodią, z drugiej zaś dokucza niespokojnymi dźwiękami tła. Urok „Corony” zamknięty jest też w braku jakiegokolwiek pośpiechu. Niezależnie, czy Turski uderza w folkowe nuty, czy też stawia na więcej hałasu, nigdy nie przyspiesza i zawsze prowadzi swoją opowieść dość leniwie – choć oczywiście nie nudno. Swoje robi też oparte na wyraźnym delayu brzmienie albumu, które co prawda nieco spycha partie wokalne na dalszy plan, ale z drugiej strony sprawia też, że głos zaczynamy traktować bardziej jak kolejny instrument muzyczny, zaś cała historia nabiera jeszcze nieco więcej zamglonego, tajemniczego posmaku.

FN

Mimo pewnych początkowych obaw „Corona” okazuje się być doprawdy doskonałą płytą, o której powinno być głośniej niż jest. Być może wychodzi teraz pewne nasycenie tego bardziej awangardowego rynku, być może nie musimy już nic nikomu na Zachodzie udowadniać. Może trochę nas to wszystko znudziło. Nie chciałbym jednak, żeby tak piękna płyta przepadła, bo tak, jak hajpu na wielu wykonawców nie potrafię zrozumieć, tak Foghornowi on naprawdę się należy. Będziecie żałować, jeśli ominiecie ten krążek.

Michał Fryga

Pięć