FOALS – What Went Down (Warner)

Miarą jakości danej muzyki jest dla mnie intensyfikacja skrajnych opinii na jej temat. I bardziej zażarte polemiki, im więcej absurdalnie przeciwstawnych opinii, tym ciekawiej się robi. I do takiej kategorii należy najnowszy, czwarty krążek ekipy Yannisa Philippakisa. Oczekiwany przez cale rzesze zakochanych w brzmieniu Brytyjczyków fanów, ale też i całe środowisko dziennikarskie. Co jest w sumie dziwne, bo ten zespół zawsze wydawał mi się takim anty – bohaterem współczesnej sceny indie rockowej. Jasne, „Holy Fire” zamieszał, pisze się o nich w kategorii „gwiazdy”, że dance punkowe nalepki są, ale w sumie to chyba nie do końca było wiadomo, gdzie ich tak prawdzie ustawić. Dzisiaj jest pewne, że grupa poddana silnemu boksowaniu może liczyć paradoksalnie na większe niż dotychczas zainteresowanie.

Skąd to wszystko? Ano, jak zwykle – z oczekiwań, rozdmuchanych do nie wiadomo jakich rozmiarów. No i z głupoty muzykantów, bo po co było wygłaszać tu i ówdzie stejtmenty, że nowy album będzie najmocniejszy w ich karierze (ok, Yannis powiedział też, że teraz mogą zrobić co im się tylko podoba, fakt…). No i się zaczęło. Że nuda, że same ballady, że wiocha i zdrada. To z jednej strony. Z drugiej pojawiają się głosy, jeśli nie zadowolenia to przynajmniej spokojnej refleksji, że oto Foals dojrzeli się i postanowili nieco się zczilować. Słuchając płyty doszedłem do jeszcze jednego wniosku – znowu odezwał się stary nawyk żurnalistów, co to posłuchają paru sekund kawałka i już wiedzą co będzie dalej. A nowe numery Foals rozwijają się wyjątkowo wolno i jeśli posłuchać pierwszych sekund sporej części numerów na płycie, można ulec wrażeniu, że zespół faktycznie nagrał niemal same ballady. Choć nie ulega wątpliwości, że „What Went Down” to dzieło zdecydowanie bardziej nadające się do zacisznej kontemplacji niż pląsania w kurzu festiwalowym. I na pewno – chyba że jestem głuchy – nie jest pozbawione energii, zadziora i odpowiedniej dawki hałasu. Przede wszystkim warto pochwalić zespół za dbałość o detale, które decydują o klimacie płyty. Poupychane tu i ówdzie elektroniczne brzdęki, fajnie kładzione plamy klawiatur i ogólnie miks, który z jednej strony ujmuje wszystko w nieco syntetyczne brzmienie, ale z drugiej – nie boi się od czasu do czasu pokazać zadziora muzyków, jak chociażby brzmienia bębnów w „Snake Oil”, swoją surowizną ocierającego się gdzieś o „Era Vulgaris” Queens of the Stone Age. Żeby było zupełnie ciekawie, ten song brzmi jak zapomniany numer… U2. Mamy zatem cała masę kontrastów, które z jednej strony mogą wzbudzać posądzenia o bałagan, z drugiej – nie pozwalają się nudzić. Foals

Co zatem dostajemy na czwartym krążku Foals? Na pewno żadnego przeboju, tematu, który mógłby zawojować radiowy eter. Nawet pierwszy w zestawie, dynamiczny „What Went Down” czy dance punkowy „Mountain At My Gates” są – z premedytacją bądź nie – mocno stonowane i raczej nie mogą gwarantować sukcesu na listach. Może szansę ma rozmarzony po linii Placebo „Give It All”? W podobnym tonie wypowiada się  „Night Swimmers”, jednak prawdziwe perełki zachowano tu – co ciekawe – na sam koniec. „Lonely Hunter” ma w swoim mrocznym jestestwie coś z bardziej dynamicznych songów Cave’a a „Knife in the Ocean” to podniosły, osadzony na świetnym rytmie, mocno stadionowy finał płyty.

„What Went Down” sporo traci przy pierwszym, pobieżnym kontakcie i dużo zyskuje, jeśli damy płycie czas i na spokojnie wgryziemy się w jej zawartość. Nie chciałbym się ustawiać w tym miejscu na pozycji jakiegoś obrońcy „czwórki” Folas, bo znajduję tu parę mankamentów, gównie związanych z faktycznie zbyt dużym eksplorowaniem tych bardziej rozmarzonych (albo rozmemłanych) brzmień, ale przecież trudno mieć pretensje do zespołu, że nagrał co chciał, zamiast zrobić najpierw ankietę wśród fanów. „What Went Down” nie zmienia stawki peletonu współczesnej muzyki, tak samo jak nie zmieniają jej wszystkie „topy” sceny indie z Placebo, White Lies i tym podobnymi wynalazkami na czele. Pozostaje pytanie  – czego tak naprawdę oczekiwaliśmy od Foals? Może najlepiej wyszli na tym ci, którzy niczego nie oczekiwali. Stawiając się zatem niejako „pomiędzy”, przyznaję rację i zwolennikom, jak i przeciwnikom. Dość konformistyczna postawa daje mi jeden niezaprzeczalny atut – mogę sobie słuchać „What Went Down” bez żadnych problemów. Jest zabawa, nie ma oceny. Świat zmieniają inni.

Arek Lerch