FOALS – Everything Not Saved Will Be Lost (Warner)

Zmiany, zmiany, zmiany. Foals 2019, a Foals 2015 (kiedy to wyszła ich poprzednia płyta, „What Went Down”) to niemal dwa różne zespoły. W zespole nie ma już jednego z założycieli grupy, basisty Waltera Gerversa, gitarę basową zastąpiono syntezatorami, a riffy i rockowe naleciałości tanecznym groovem. Niezmienny pozostaje tylko wyjątkowy głos Yannisa Philippakisa. No i niebywała ręka do pisania hitów.

„Everything Not Saved Will Be Lost” to płyta kontrastów. Z pozoru wydaje się bardzo „przyjemna”, chwytliwa, radosna i taneczna. Jeśli jednak wsłuchać się nieco głębiej, wczytać się w teksty, okazuje się, że za  maską z beztroskim obliczem kryje się cokolwiek dołująca wizja świata. Jako studium przypadku niech posłuży nam drugi utwór z płyty, „Exits”. Pierwszy singiel, rasowy hit, piosenka, która wpada w ucho od pierwszego usłyszenia. Philippiakis roztacza przed nami dystopijną wizję chylącego się ku apokalipsie świata zniszczonego przez drastyczne zmiany klimatu. Piosenka nie kończy się bynajmniej happy-endem, a raczej „endem” ludzkości. Już w pierwszych linijkach tekstu obrywa się wszystkim negującym globalne ocieplenie, później pod ziemię zapadają się domy, następnie całe miasta, a na koniec nie ma już nic. A to wszystko do „lekkiego”, tanecznego bitu i wcale nie dołującej melodii. To oczywiście nie koniec. O końcu świata posłuchamy też w nie mniej hitowym „On The Luna” (roboczy tytuł „End Of The Days”), oprócz tego Yannis śpiewa o rozpadzie relacji międzyludzkich, Trumpie i kilku innych jakże poprawiających nastrój rzeczach.Band

A jednak muzycznie jest bardzo lekko. Lekko i przyjemnie. Panowie odeszli niemalże od gitar, których na „What Went Down” było dużo, a bardziej agresywny, niemal rockowy groove zastąpili zwiewnymi dance’owymi bitami. W wywiadach Yannis często wymieniał Talk Talk czy Petera Gabriela w kontekście najbardziej znaczących inspiracji, ale grupą, która chyba najszybciej nasuwa się na myśl po lekturze krążka jest Talking Heads – szczególnie w zwichrowanym, opartym na motywie zagranym na marimbie „Cafe D’Athens”. Krążek można podzielić na dwie części – wspomniany „Cafe D’Athens” jest kumulacją pierwszej części – tej przebojowej, energicznej. Zaraz po tym kawałku mamy wydłużone outro w postaci balladowych „Sunday” i „I’m Done with The World (and It’s Done With Me)”. To sprawia, że krążek trzyma w napięciu i zyskuje słuchany w całości, nie na wyrywki. Przyznam, że po delikatnym rozczarowaniu, jakim był dla mnie „What Went Down”, „Everything…” pozytywnie mnie zaskoczył. Ciekaw jestem drugiej części płyty, której premiera zapowiedziana jest na jesień. Być może będzie spokojniejsza, bardziej nostalgiczna, utrzymana a w klimacie dwóch ostatnich numerów z pierwszej części? Taneczny, pełen werwy album na wiosnę, balladowy, bardziej ponury – na jesień. Pasowałoby.

Paweł Drabarek

Pięć i pół