FLORENCE+THE MACHINE – High As Hope (Virgin/Universal)

Być może przyznaję się właśnie do sporej muzycznej ignorancji, ale „High As Hope” jest pierwszą w całości przesłuchaną przeze mnie płytą rudowłosej Brytyjki. Oczywiście, miałem świadomość tego, że ktoś taki jak Florence Welch istnieje, znałem kilka kawałków, ale nigdy nie zainteresowałem się tematem na tyle, aby usiąść i przesłuchać któryś z jej albumów od deski do deski i muszę przyznać, że… żałuję. Nie to, żebym teraz zaczął katować jej dyskografię miesiącami, ale zarówno nowy krążek, jak i wcześniejsze, te mniej melancholijne, bardzo przypadły mi do gustu.

Jestem być może nieobiektywny i brak mi dystansu – w końcu muzykę Florence zacząłem poznawać kilkanaście dni temu – ale „High As Hope” to moim zdaniem jej najlepsze dzieło. Podoba mi się minimalizm, oszczędność środków wykorzystanych do zbudowania tej sennej, a przy tym intymnej atmosfery. Taki właśnie jest otwierający krążek „June” i taki jest cały album. Wspominam o tym utworze, bo – jak przyznała Florence – to właśnie ten kawałek napisała jako pierwszy, a później – to już dopowiadam sobie sam – podążyła jego tropem; „June” był kierunkowskazem, który nadał rytm całej płycie. Dużo jest tutaj odniesień do szeroko pojętego „zła na świecie”. Album był pisany dwa lata temu. Rok 2016 obfitował w wiele tragicznych zdarzeń: strzelanina w klubie nocnym w Orlando, ataki terrorystyczne w Nicei czy Brukseli, wojna w Syrii czy kryzys migracyjny, a Florence przyznała, że czuła się tym wszystkim przytłoczona, a przy tym bezsilna. Oczywiście, mamy też piosenki o miłości, samotności, hołd dla Patti Smith („Patricia”) czy nostalgiczne powroty do młodości jak w „South London Forever”. Co tu dużo mówić – dominuje melancholia i smutek, chociaż nie jest to smutek bardzo spektakularny; to nie jest muzyka do cięcia żył – ot, stonowana, intymna opowieść o bolączkach 32- letniej kobiety.Florence

Jeśli porównamy „High As Hope” z wydanym dziewięć lat temu debiutem, rzuci nam się w uszy nie tylko zmiana atmosfery czy mniejsza ilość wpadających w ucho melodii, ale także mniej bezpośredni styl prowadzenia narracji. Nie chcę pisać o dojrzałości, to oklepane – po prostu mam wrażenie, że Florence się uspokoiła, a emocje przekazuje teraz w mniej intensywny, bardziej zawoalowany sposób. Myślę, że postrzeganie nowej płyty może się różnić zależnie od oczekiwań – ja nie miałem żadnych, a ta spokojna odsłona Florence spodobała mi się bardzo.

Paweł Drabarek

Zdjęcie: Vincent Haycock

Cztery i pół