FLESHWORLD – The Essence Has Changed, but the Details Remain (This Charming Man-Records)

Trochę z zaskoku napiszę parę słów na temat zespołu, parającego się muzyką, od której odpływam, a która momentami potrafi mnie jeszcze gdzieś tam chwycić za tyłek. Krakowski Fleshworld po długim czasie oczekiwania wreszcie wydał nową płytę, która staje się jego – przynajmniej na razie – opus magnum. Czyli dziełem – trampoliną, z której grupa odbija się, by osiągnąć coś więcej niż zwykle. Czy to się uda? Miejmy nadzieję, że choć częściowo tak…

Nie będę ukrywał, że post metale i sludge metale, które swego czasu wywróciły scenę ciężkiego grania do góry nogami, nie są już dzisiaj przodownikami w pchaniu tej muzyki do przodu. Wręcz przeciwnie, coraz trudniej w tej stylistyce znaleźć coś rzeczywiście frapującego. Jak każda nisza, także i ta została zabetonowana milionem kolejnych klonów, święcie przekonanych o własnej innowacyjności. Trudno w takim kontekście stworzyć coś nowego. Ok, chociażby coś delikatnie oryginalnego. Fleshworld miał piekielnie trudne zadanie, wydając w 2019 roku płytę, która z takiego właśnie nurtu wyrasta. Przyznam jednak, że w tym przypadku zarządziła całość konceptu, ciągnięta przez znakomitą i niejednoznaczną okładkę. Muszę zespołowi pogratulować odwagi, bo gdyby zdecydowali się na typowy, mroczno-czaszkowo-nijaki koncept, wrażenie byłoby o 50% słabsze. A tak obrazek (zdjęcie w zasadzie…) będzie pchać ten materiał do przodu; być może przez przypadek trafią nawet do fanów indie rocka spod znaku Nothing But Thieves (Angole mogą krakusom pozazdrościć okładki…), którzy po odpaleniu płyty dostaną zawału serca.Fleshworld // Woda i pustka

Właśnie, zawał. Ta muzyka, jej emocjonalne nasycenie, poczucie czegoś ostatecznego i intensywność, powodują, że człowiek od razu odkłada robotę, bo nie sposób słuchać „The Essence Has Changed, but the Details Remain” mimochodem. Jasne, nie ma co ukrywać, poszczególne klocki, czyli elementy black metalu, hardcore’a, sludge’u są wyczuwalne, tu nikt nie zamierza udawać, że odkrywa Amerykę, jednak sposób w jaki zespół swoją muzyczno-emocjonalną wizję roztacza przed słuchaczem, robi spore wrażenie. W stosunku do poprzednich wydawnictw, na tej płycie Fleshworld lekko pozamieniał elementy i ich znaczenie w układance. Moim zdaniem, dużo bardziej wyczuwalny jest ukłon w stronę hardcore’a – chodzi o surowość, część temp i charakterystyczną riffownię. I ten budulec grupa poprzetykała z jednej strony wrzutkami black’owej smoły, to znowu mrocznym post metalem w bardziej przestrzennych  momentach, dbając bardzo o wyrazistość aranżacyjną. Od razu słychać, że wszystko z głową zostało poukładane, nie ma tu przypadkowych czy niepotrzebnych dźwięków, zadano sam konkret. Być może odbywa się to kosztem jakichś dalszych planów, bo bazowanie na – właśnie – hardcore’owej dosłowności (czy jednowymiarowości), powoduje, że w zasadzie nie otrzymujemy żadnej tajemnicy i nie liczymy na odkrywanie tzw. drugiego dna muzyki. Tym dnem, a w zasadzie kontekstem, spajającym koncept, jest tu emocjonalno-histeryczna maniera wokalisty Tytusa, który spala się w swojej robocie i łatwo w jego przejęcie uwierzyć. Wiem, że słowo „szczerość” jest w muzyce nadużywane, ale właśnie to przychodzi mi do głowy. Fleshworld na nowej płycie staje przed nami obnażony, oddaje nam swoje emocje i ból, robi to tak sugestywnie, tak jakby zaraz miał się rozpaść świat. Pretensjonalne? Może na papierze tak, w rzeczywistości dostajemy bardzo dobry (może niezbyt oryginalny…) krążek zdeterminowanego zespołu. Nie wymieniam poszczególnych numerów, bo tej płyty trzeba posłuchać w całości i umrzeć.

Arek Lerch

Zdjęcie: Woda i pustka 

Pięć