FISZ EMADE TWORZYWO – Radar (Agora)

Potrzebne są zmiany, konieczne są zmiany, bo jeśli nic się nie zmieni, może nadejść dzień rebelii – śpiewał kiedyś Dezerter. Nie wiem, czy Bartosz Fisz Waglewski wraz z Emade boją się rebelii, ale na pewno potrzebowali zmian. I rozpoczął proces przeobrażania, który na najnowszej płycie znajduje swój koniec. A może to tylko koniec pewnego etapu?

W każdym razie, można ogłosić, że bracia Waglewscy wraz z „Radarem” całkowicie wypisują się z krainy hip hopu. Bo choć zawsze balansowali gdzieś na obrzeżach gatunku, na „Dronach” śmiało przekraczając już granice tego królestwa, dzisiaj to po prostu bardzo sprawny, alternatywny, czy też indie rockowy projekt, w którym realizują zupełnie inne idee, niż chociażby na „Heavi Metalu” czy „Zwierzę bez nogi”. Oczywiście, że nie jest to zarzut, bo Waglewscy w genach mają muzykę i obojętnie czego się nie chwycą (vide Kim Nowak czy Waglewski/Fisz/Emade), zawsze będzie to niebanalne i nieprzeciętnie zinstrumentowane. Pozostaje jedynie pytanie, gdzie należy upatrywać celu poszukiwań Fisza i Emade. Na „Radarze” duet, wraz z towarzyszącymi muzykami sytuuje się gdzieś w okolicach mrocznej i gęstej elektro-ballady, co już jest zaskoczeniem, ba, obawiam się, że tu i ówdzie mogą pojawić się zarzuty, że płyta jest zwyczajnie smętna/nudna. Problem w tym, że to smęciarstwo jest podane z takim rozmachem i koronkową dbałością o detale, że nie pozostaje nic innego jak stwierdzić, że mamy do czynienia z nieprzeciętnym materiałem.Fisz Emade Tworzywo

Co do szczegółów… Dominuje doskonale skrojona elektronika. Emade zawsze był mistrzem w wymyślaniu podkładów, cięciu sampli i nie inaczej jest teraz. Do tego dochodzą świetne bity, pięknie pulsujące basy i mamy przepis na sukces. Gdzieś skręcają w stronę electropopu („Jestem w niebie”) jest i balladka („Dwa ognie”). Staroświecko brzmiąca „Meduza”, intrygujący „Basen”, czy bardziej dynamiczne „Się poruszam 1”. W każdym utworze zespół stara się szukać czegoś nowego, gównie w warstwie elektronicznej, która nadaje ton płycie, ale warto zwrócić uwagę na stronę rytmiczną – tu chyba możemy znaleźć jedyny element łączący dzisiejszego Fisza ze światem hip hopu. Emade wie co robi, bo sam przecież jest niezłym perkusistą. Najważniejsze, że wszystko jest kunsztownie zaaranżowane i jeśli nawet nie każda piosenka jest do końca udana (np. „Melatonina”) całość robi więcej niż dobre wrażenie. I na koniec trzy ważne elementy; głos Fisza i jego warunki wokalne nie są imponujące, ale Bartosz doskonale sobie z tym radzi, nie forsuje głosu, raczej prowadzi swoje opowieści na pograniczu melodeklamacji. Jeśli jednak mamy wątpliwości co do jego zdolności wokalnych, to jako tekściarz sprawdza się doskonale – świetne spostrzeżenia, dużo refleksji i melancholii, no, może tego pesymizmu jest ciut za dużo. Można traktować te liryki jako jeden z najważniejszych elementów płyty. A na koniec – wydanie – w dobie chudych i do absurdu oszczędnych edycji płyt kompaktowych, tu dostajemy wypas – płyta z rozkładanym plakatem i osobna, gruba książeczka z tekstami i świetnymi grafikami. Za to można dać tych parędziesiąt złotych. Swojego taty nie przeskoczyli, ale są na dobrym kursie. Udana pozycja w dyskografii…

Arek Lerch  

Cztery i pół