FILTROWANIE KLASYKI – Jazz bez marynarki

Bieżący rok jest łaskawy dla środowiska jazzowego, i nie chodzi tylko o innowacyjne, wykraczające poza stylistykę wydawnictwa, ale także te bliższe klasycznemu rdzeniowi; eksplorowanie tych rejonów wydaje się banalne, ale poniższe wydawnictwa udowadniają, że to nadal żywa i co najważniejsze ciągle ambitna tkanka. Prezentujemy dzisiaj trzy nowości z zasłużonej w promocji takiej nuty, krakowskiej stajni Audio Cave.

Na pierwszy ogień idzie kwintet Adama Jarzmika. Płyta „On the Way Home” to moje pierwsze zetknięcie z tym pianistą i muszę przyznać, że wyszedłem z tej konfrontacji z uśmiechem, choć także i przeświadczeniem, że tradycja nadal tkwi w duszy całej masy jazzmanów. Kwintet powstał w 2015 roku, odniósł kilka znaczących sukcesów, nagrał debiutancki album „Euphoria”, potem koncertówkę a teraz zasilony przez amerykańskiego gitarzystę Mike’a Moreno proponuje kolejną podroż po improwizowanych dźwiękach. Co mi się w tej płycie podoba, skoro w zasadzie nie wysadza gatunku w powietrze? Przede wszystkim, oddech i radość grania, która jest słyszalna od pierwszej nuty. Zespół stawia na – tak to odbieram – bardzo demokratyczne podejście do tematu, w zasadzie w wielu momentach nie słychać, kto jest liderem, każdy muzyk ma swoje ścieżki improwizacyjne, choć chciałbym nieco więcej chaosu, bo takie uporządkowanie jak w „Groove Bumps”, gdzie każdy instrument grzecznie czeka w kolejce na swój moment, jest troszkę zbyt stateczne. Ale to tylko mały przytyk, bo zespół potrafi pięknie budować napięcie, czego najlepszym przykładem jest „Rainforest”. Gdybym miał określić płytę jednym słowem, brzmiałoby ono „pragmatyczna”. Czuć w tym dużą erudycję, wykształcenie muzyczne, powodujące, że całość jest doskonale przemyślana, zagrana z klasą i finezją, godną najlepszych. I być może to jest mój jedyny zarzut w stosunku do tej płyty. Brakuje szaleństwa, na które stać chyba tylko amatorów arogancko rzucających się na jazz. W tym przypadku marynarka, choć ma rozpięte guziki, jeszcze jest obecna…Jarzmik

W powyższym temacie dużo bardziej drga w składzie saksofonisty Wojciecha Lichtańskiego, który w tym roku uraczył nas płytą „Iga” (sygnowaną nazwą Wojciech Lichtański Questions). Pozornie mamy do czynienia z kolejnym, ułożonym i dobrze wykształconym zespołem. Lichtański zaprosił do składu znakomitych muzyków, kompozycje pozornie także w dużej mierze nawiązują do tradycji europejskiego jazzu, ale kiedy zaczniemy przyglądać się szczegółom, okazuje się, że zupełne inne jest podejście do aranżowania utworów. Czasami duże znaczenie ma tutaj swoista gra kontrastów, kiedy instrumenty stoją niejako w sprzeczności, spokojne partie fortepianu miksują się z bardziej nerwowymi bębnami, pojawia się mało oczywisty dla takiej muzyki akordeon, warto też zwrócić uwagę na sposób gry kontrabasu, który finezyjnie, choć dyskretnie podbija puls płyty. Jednocześnie muzycy grają bardzo samodzielnie, odważnie wymykają się schematom, jeśli chodzi o współpracę; momentami odnoszę wrażenie, że panuje tu podskórna rywalizacja; nie kłótnia, ale przekomarzanie się między instrumentalistami. To także kolejna płyta, gdzie rola lidera zasadza się w tym, by pilnować tempa w jakim płynie muzyka a nie wysuwaniu do przodu swoich partii. Jasne, saksofon jest ważny, ale gdybym nie wiedział, że to zespół Lichtańskiego, uznałbym za lidera pianistę/akordeonistę Mateusza Pałkę. Najlepszy utwór – zapewne „Auto auto”. Najlepsze momenty – coś, co w jazzie mnie fascynuje od lat czyli aksamitna symbioza między instrumentami. Mało agresji, dużo kontemplacji. Uczta.wojciech-lichtanski-questions-iga-cover

Zupełnie inny jazz zostawiłem sobie na koniec, być może jest to propozycja, która najbardziej zbliża się do moich prywatnych gustów. Mark Lotz, holenderski flecista i obywatel świata, kształcony w wielu miejscach na ziemi, przybył do Wrocławia (głównie jako prelegent na konferencjach poświęconych muzyce), znalazł jednak czas by razem z kontrabasistą Grzegorzem Piaseckim i perkusistą Wojciechem Bulińskim (jako Mark Lotz Trio) zarejestrować sesję, która znalazła się na albumie adekwatnie zatytułowanym „The Wroclaw Sessions”. Już sama formuła (sekcja plus mocno odstający brzmieniowo flet – choć nie jest to jakieś novum, podobnie brzmi Jakub Dybżyński Equilateral Trio, gdzie sekcji towarzyszy klarnet jako główny instrument) i pewna, łechcąca mnie transowość tych nagrań, zbliżających się momentami do charakterystycznej, improwizacyjnej kolorystyki powodują, że to jedna z moich ulubionych, tegorocznych płyt jazzowych. Choć daleko jej do eksperymentu (ten jest delikatnie obecny jedynie w formie aranżacyjnej utworów), zrywa też z typową formą improwizacji. Trzy instrumenty muszą w jakiś sposób zabudować przestrzeń, dlatego klasyczna jazda solowa nie wchodziła w grę. Zaskakuje mnie fakt, że w tak krótkim czasie udało się muzykom zbudować formułę, pozwalającą w skromnym składzie utkać bardzo stabilną i zachowującą równowagę przestrzeń dźwiękową. Muzyka nie dość, że jest miejscami bardzo kontemplacyjna, zawiera też sporą dawkę chwytliwych (że tylko o „Frantz” wspomnę) tematów. Podobno do końca sesji nie dotrwał perkusista, którego zmogła okrutna grypa i gorączka, przez co w kilku miejscach flecista popisuje się w duecie z kontrabasem. Z „The Wroclaw Sessions” emanuje luz, lekka nostalgia, dynamika jest oparta momentami na podskórnym pulsie, choć nie można płycie odmówić wyrazistości. Słucham tej produkcji i zastanawiam się, jak ten materiał zabrzmiałby, gdyby muzycy mieli czas by go trochę „przejechać” na koncertach. Potencjał w tym składzie jest bardzo duży i mam nadzieję, że nie jest to jednorazowe spotkanie tej trójki.mlt

Arek Lerch