FFRANCIS – Off the Grid (U Know Me Records)

Zapraszamy do zabawy, czyli debiutancki album Ffrancis na gramofonie. Jak sami mówią – płyta jest zbiorem dziwnych piosenek i choć nie jest to chyba najlepsza definicja ich muzyki, im dłużej słucham „Off the Grid”, tym bardziej przekonuję się, że faktycznie, gdzieś tam, na drugim planie duet upycha rzeczy nie do końca oczywiste, od których możemy zgubić taneczny krok.

No właśnie – taniec, alt pop, syntetyki i pani przy mikrofonie. Kolejny duecik, ale skoro opisywaliśmy i Xxanaxx i London Grammar (tak, wiem, to akurat trio…), znajdzie się miejsce i dla tej utalentowanej pary – Misia Furtak znana jest chociażby z Très.B zaś Piotr Kaliński to Hatti Vatti czy mocno ostatnio hajpowany Nanook of the North. To co robią pod szyldem Ffrancis nie jest może jakimś ewenementem, bo sporo tych duetów w ostatnich latach się pojawiło, jednak spokój, równowaga i aura otaczająca ten debiut warte są zainteresowania. Pozornie mamy do czynienia z typowym, alt popowym kierunkiem, jest trochę bujania, ciut soulu i nośna alternatywa na syntetycznych resorach, jednak kiedy poświęci się odrobinę czasu, okazuje się, że ta muzyka, jej oszczędność i słyszalna niemal od początku, skrupulatna selekcja dźwięków to coś więcej niż typowa i tania rozrywka.Ffrancis

Dużo na „Off the Grid” nostalgii. Spokojnego, leniwie płynącego pulsu, otulonego świetnymi wokalami Misi. Duży plus za oszczędne wykorzystywanie możliwości głosowych; od takiej muzyki często odrzuca mnie to, że wokalistki chcąc udowodnić swoje możliwości, forsują struny głosowe, jednocześnie męcząc słuchacza. Propozycja Ffrancis pod tym względem jest idealna. Uspokaja skołatane nerwy, sącząc opowieści (zadziwiająco naturalnie brzmi zestawienie polskich i angielskich tekstów), cieszy niespieszną narracją i subtelnie dobranymi tłami instrumentalnymi (niektóre sample robią niesamowite wrażenie). Czasami pojawi się wyrazistszy bicik, gdzieś przemknie gitara, jednak podstawa to podkłady nawiązujące do trip hopu, lekkiego IDM czy nawet ambientu. Dzięki temu całość zlewa się w senną, pastelową i niestresującą podróż. Nie ma sensu wyróżniać jakiegoś utworu, kupuję całość, bo choć na co dzień wolę bardziej poszarpane dźwięki, taka narracja jest zawsze przyjemną odmianą. I co najważniejsze – nie mam wrażenia, że obcuję z przeflancowaną modą z zachodu. To nasze, krajowe, i co nam zrobicie?

Arek Lerch

Zdjęcie: M. Kaliński

Cztery i pół